środa, 20 stycznia 2016

Rozdział 5.



Estrille, 386 rok drugiej ery, Lostar.

— Skup się. Jeszcze raz.
Aidan oderwał spojrzenie od drogi i przeniósł je na siedzącego przed nim Cadora. Obrońca z drobną irytacją zauważył, że chłopak znów całkowicie się rozkojarzył i teraz wpatrywał się w niego skruszony, ale bez większego zrozumienia.
— Miałeś wyliczyć potencjalne miejsca zasadzki na polanie, wskazać ukrytą broń oraz oszacować, jak daleko jest do najbliższego miasta — przypomniał, licząc, że nie dał po sobie poznać frustracji.
Aidan skinął głową. Przesunął spojrzeniem po otoczeniu, na jego twarzy wreszcie pojawiło się skupienie. Zmarszczył czoło, zmrużył oczy, dłonie zacisnął na kolanach, jak gdyby to proste zadanie go stresowało. Cador milczał, czekając.
Aidan był trudnym uczniem i nie zamierzał temu zaprzeczać. Co prawda był trudny w zupełnie inny sposób niż większość napotkanych przez niego osób – problem polegał nie w umiejętnościach, tylko w koncentracji oraz wierze w siebie.
— Drzewa stwarzają dogodną kryjówkę, ale oczywistą — mruknął po chwili. — Traktem zagrożenie nie powinno nadejść.
— Dlaczego? — Cador wsparł głowę na dłoni.
— To zbyt oczywiste — stwierdził niepewnie, zerknąwszy na niego z drobnym przestrachem.
— Też. Ale z tego powodu ktoś może się pokusić, żeby to wypróbować. Nie można odrzucać tej wersji — zastrzegł, mimowolnie wspominając zasadzkę, w którą wpadł z towarzyszami ponad pół roku temu.
Mostek jeszcze czasami go pobolewał podczas ćwiczeń czy jazdy konnej, przypominając, że uraz zdarzył się wcale nie tak dawno temu i wciąż się nie do końca wygoił. Cador łapał się na tym, że pocierał klatkę piersiową, ostrożnie badając kości, chociaż wszystko było na swoim miejscu.
Wydawało mu się, że wcześniej mało razy zranił się równie poważnie. Miewał różne kontuzje, urazy czy obrażenia, ale to mógł zaliczyć do jednych z najgroźniejszych. Doskonale wiedział, że bez trudu wszystkiego by uniknął, gdyby tylko nie zachował się nieprzemyślanie oraz impulsywnie. Nie rzucając się Ariene na ratunek, uchroniłby się od cierpienia oraz długiej rekonwalescencji.
Westchnął i odruchowo skinął głową, nawet nie słuchając mówiącego dalej Aidana. Zwykle starał się skupiać na nieśmiałym uczniu, żeby budować jego pewność siebie. Teraz jednak jego myśli uciekły do tamtego dnia, kiedy bez wahania rzucił się pod ostrze, żeby osłonić Ariene.
Nie zachowywał się tak podczas walki, jeśli nie musiał ratować życia podopiecznego. Uczono go, żeby w podobnych sytuacjach dbać przede wszystkim o siebie. Natychmiast o tym zapomniał, ujrzawszy Ariene w niebezpieczeństwie. Nie wahał się, nie zastanawiał, a ilekroć do tego wracał, był pewien, że postąpiłby tak samo kolejny raz. I jeszcze jeden.
Tęsknił za nią. Ta myśl nie dawała mu spokoju, przychodziła każdego dnia i zajmowała umysł nie tylko cichymi wieczorami przed snem, ale także za dnia, w najmniej odpowiednich – czy prawdopodobnych – momentach. Z początku naprawdę sądził, że rozłąka mogła ostudzić fascynację i odrzeć zauroczenie z jakichkolwiek emocji. Po pierwszym miesiącu przekonał się, że to niemożliwe. Teraz po prostu czekał, licząc dni i niecierpliwie wypatrując spotkania, jednocześnie szczęśliwy, ale też zaniepokojony.
Pół roku to dostatecznie dużo czasu, by wiele uległo zmianie. Ariene mogła myśleć o nim inaczej niż przed rozstaniem, może kogoś spotkała, a może po prostu zmieniła zdanie. Zastanawiał się nad tym wielokrotnie, wspominając wspólnie spędzony czas i raz jeszcze analizując wszystkie bardziej intymne momenty. Chciał, żeby traktowała go inaczej niż przyjaciela i wydawało mu się, że kilka miesięcy temu był tego bliski.
— Cadorze! — usłyszał lekko podniesiony głos Aidana.
Zamrugał, wyrywając się z zadumy, i przeniósł wzrok na ucznia, starając się nie wyglądać na mocno rozkojarzonego. Zawsze karcił go za nieuwagę lub skupianie się na czymś innym, po czym sam powtarzał jego błędy.
— Tak? — mruknął, złapawszy się na tym, że nie miał pojęcia, o czym mówił.
— Pytałem, czy to już wszystko — stwierdził, przypatrując się mu. — Nad czym się tak zamyśliłeś?
Cador najpierw skinął głową – kontynuowanie ćwiczenia nie miało sensu, skoro sam nie był w stanie skupić myśli. Uznał, że zada mu kolejne zadanie po wyruszeniu w drogę, do miasta, gdzie będzie się więcej działo na trakcie.
— Wspominałem — odparł wymijająco i wstał. — Zbierajmy się.
Aidan skwapliwie przytaknął i skoczył na równe nogi. Energicznie zabrał się za podnoszenie bagaży, by przytroczyć je do siodeł koni, podczas gdy Cador wolnym krokiem, bez pośpiechu, mu pomagał. Chłopak, potknąwszy się o swoje stopy, prawie wyrżnął we własnego wierzchowca czołem, ale w porę odzyskał równowagę. W takich chwilach Cador zastanawiał się, dlaczego zgodził się go uczyć.
— Zrobię to — zadeklarował się Aidan, widząc, że Cador wyjątkowo mozolnie dopinał paski torby do siodła.
Nie protestował. Odsunął się na kilka kroków, jak zawsze rozbawiony dziecięcym entuzjazmem Aidana – czasami zastanawiał się, jak zareagowałaby na niego Ariene. Albo Caleb. Oboje prawdopodobnie rzuciliby złośliwe uwagi, ale Ariene chętniej oraz prędzej okazałaby Aidanowi sympatię. Młodzieniec trochę przypominał Erriana, z którym się zaprzyjaźniła, więc prawdopodobnie by ją rozczulał.
Cador mimowolnie spróbował przypomnieć sobie twarz uśmiechniętej Ariene. Robił to codziennie, trochę się bojąc, że przez rozłąkę byłby w stanie ją zapomnieć – ale zawsze pojawiała się w jego wyobraźni tak samo wyraźna. Spoglądała niezmiennie fascynującymi go niebieskimi oczami, czarne włosy związane w wysoką kitkę były nieco rozczochrane, kosmyki opadały na smukłą szyję. Dokładnie odtwarzał we wspomnieniach jej lekko rumiane policzki, pełne usta, prosty nos oraz arystokratyczne rysy twarzy. Zaraz potem wyobrażał sobie złośliwe lub pełne dezaprobaty miny. Pamiętał również jej głos, zwykle miękki, czasami ostrzejszy, ale zawsze przyjemny dla ucha. Najgorzej radził sobie z zapachem. Po tak długiej rozłące zawsze na myśl nasuwała mu się lekka kwiatowa nuta, którą przesiąkały przysyłane przez Ariene listy.
Gdyby nie ich korespondencja, prawdopodobnie by oszalał – lub pogrążył się w bolesnym odrętwieniu po stracie siostry. Atmosfera w domu była ciężka, zupełnie nietypowo dla rodziny Reamonnów, co dodatkowo przytłaczało. Nie chciał obciążać zrozpaczonych bliskich własnym smutkiem, ale potrzebował pozbyć się żali. Te ostatecznie zaczął kierować listownie do Ariene.
Za pierwszym razem nie wiedział, jakiej odpowiedzi się spodziewać. Bał się, że coś się zmieni na gorsze, ale na szczęście się pomylił. Ariene go nie pocieszała, nie używała żadnych wyświechtanych zwrotów, które tylko mogłyby zirytować, po prostu przyjmowała skargi, w zamian opowiadając o przykrościach z własnej przeszłości. Zauważył, że mówiła o niej niechętnie, dlatego nie zadawał dodatkowych pytań. Cieszył się, że go rozumiała i chciała dzielić się emocjami, jak on postanowił dzielić się z nią. Jeśli nic się nie zmieniło, może…
— Skończyłem — poinformował Aidan, odsuwając się od izabelka Cadora. — Wyglądasz na mocno zamyślonego.
Popatrzył na niego i wzruszył ramionami. Zorientowawszy się, że zaczął nadużywać tego od czasu Perrianu, zreflektował się i odchrząknął.
— Nie wyspałem się — rzucił, nawet do końca nie kłamiąc.
Często budził się w nocy, ze smutkiem odkrywając, że sen o Ariene, która wcale nie była na drugim końcu Lostaru, okazywał się ułudą. Potem nie mógł zasnąć, rozmyślając o niej oraz spotkaniu. Tak bardzo chciał znów mieć ją blisko, pilnować, dbać o nią i słuchać jej złośliwości, kiedy denerwowała się zupełnie bez powodu.
Aidan skinął głową, uznawszy to za dobre tłumaczenie. W ciszy dosiedli wierzchowców, Cador pojechał przodem. Chłopak szybko go dogonił – najpierw z westchnieniem zapatrzył się przed siebie, potem z powrotem przeniósł na niego wzrok. Uśmiechnął się przy tym przyjaźnie, dlatego Cador nie mógł pozostać poważny.
— Wiesz, zastanawiałem się kiedyś… — zaczął, zachęcony jego nastawieniem. — Jak to jest z obrońcami? Wyrzekamy się rodzin z powodu naszej pracy, czy zdarza się, że obrońcy mają też takie życie prywatne bardziej?
Cador uśmiechnął się szerzej.
— Oczywiście, że mamy rodziny. Większość osób z mojej rodziny to właśnie obrońcy, w każdym pokoleniu jest przynajmniej jeden. To zależy od tego, jakich zleceń się podejmiesz — stwierdził, przechyliwszy głowę, żeby go widzieć. — Możemy chwytać się krótkich prac, nie tylko wieloletnich… ale wtedy też da się żyć z rodziną. Po prostu trzeba odnaleźć odpowiednią osobę, żeby wytrzymała niekiedy trudne oraz stresujące sytuacje.
Aidan pokiwał głową, jakby w zadumie. Zmarszczył przy tym czoło i Cador pomyślał, że bardziej zamyślił się nad taką – zdawałoby się – błahostką, niż skupiał się na nauce.
— A ty ją znalazłeś? — spytał. — To znaczy nie odpowiadaj, jeśli nie chcesz, to było niedyskretne — zmieszał się od razu.
Wzruszył ramionami, na moment pochmurniejąc.
— Nie wiem — mruknął. — Może.
Aidan przyjrzał mu się z ciekawością, po raz kolejny jednak nie podjął tematu.
— Pojedziemy do Civry — odezwał się Cador, nie chcąc, żeby zadał więcej pytań na niewygodny temat. — Chcę się tam spotkać z przyjaciółmi. Po drodze zahaczymy o Illis. Musimy uzupełnić prowiant.
— Dobrze. — Skinął głową, uśmiechając się. — A co potem?
Cador zacisnął usta.
— Cóż, prawdopodobnie będziemy z nimi podróżować. Nie wiem jeszcze — przyznał niechętnie. — Może zgodziliby się pomóc w twoim szkoleniu, to bardzo zdolni ludzie.
— Obrońcy?
— Myśliwy i… — urwał, uzmysłowiwszy sobie, że nie umiał określić profesji Ariene jednym neutralnym słowem. — …wiedźma — dokończył niezręcznie.
— Wiedźma? — zdumiał się.
— Umie wiele rzeczy — rzucił wymijająco. — Myślę, że cię polubią. Nawet gdybyś nie zrobił na nich dobrego pierwszego wrażenia. — Mrugnął do niego.
Aidan spochmurniał.
— A to bardzo prawdopodobne — przyznał krytycznie.
Cador rozbawiony pokręcił głową. Pomimo jego niezdarności oraz nieuwagi, bardzo go polubił – sam nie wiedział dlaczego. Może wpływał na to sposób, w jaki siebie postrzegał, a może pogodny uśmiech towarzyszący nadal jeszcze trochę dziecięcej twarzy.
— Skup się na drodze, nie daj się niczemu zaskoczyć — upomniał go przyjacielskim głosem, samemu przenosząc wzrok na trakt.
Cisza zupełnie mu nie przeszkadzała. Towarzystwo Aidana działało kojąco, odwracając myśli od wyczekiwanego spotkania, które zdawało się każdego dnia coraz bardziej i bardziej oddalać.

Illis, Estrille, 386 rok drugiej ery, Lostar.

Illis był dużym miastem, przez co – pomimo prostego, prawie szachownicowego rozkładu ulic – łatwo się w nim gubiło. Cador, narzekając w duchu na przesadne jak na tę porę roku ciepło, dzielnie zaciskał zęby, cierpliwie czekając, aż podenerwowany Aidan zdoła odnieść to, co naniesiono na mapę, do rzeczywistości. Postanowił wyznaczyć mu, jak myślał, proste zadanie nawigowania ich po przyjaznym dla przyjezdnych Illisie, okazało się jednak, że zestresowany chłopak zupełnie pomylił kierunki.
Z drugiej strony istniały także pozytywy tej sytuacji. Ostatnim razem był tu ładnych pięć lat temu, zapamiętał je zupełnie inaczej – jako miejsce rozrywkowe oraz pełne niejednoznacznych możliwości. Mógł na spokojnie zweryfikować trzymany we wspomnieniach obraz, ciesząc się ładną pogodą, brakiem pośpiechu i rozluźnieniem. Nie miał na głowie niczego ważniejszego poza nieporadnym Aidanem oraz czekającą na niego w innym mieście kobietą. I, oczywiście, Calebem.
Niejednokrotnie zastanawiał się, jak dogadał się z Ariene. W listach zauważał pewną znaczącą złośliwość, a nawet zgryźliwość, kiedy o nim wspominała, ale wydawało mu się, że było to podszyte sympatią. Naprawdę chciał, żeby znaleźli wspólny język, bo jeśli znowu zostanie zmuszony do wysłuchiwania narzekającego na jego wybrankę przyjaciela…
— W lewo — rzucił Aidan, odsuwając mapę od twarzy.
Zostawili wierzchowce w miejskiej stajni i szukali niedrogiego, ale niezbyt podłego przybytku, w którym zatrzymaliby się na noc. Aidan nieco ośmielił się dzięki spokojowi Cadora i teraz pewniej wybierał ulice, bardziej ufając swoim – nie zawsze trafnym – osądom.
— W porządku — odparł, nawet się nie zająknąwszy, żeby pokazał mu mapę.
Zapadał zmrok, ale mieszkańcy Illisu nie chowali się do domów. Ulice nadal pełne były przechodniów – ludzie całkowicie się ignorowali, niekiedy tylko potrącając się w pośpiechu. Nikt nie posyłał sobie nieprzychylnych spojrzeń ani nie pokazywał obelżywych gestów. Chociaż miasto leżało w centralnym Estrille, gdzie ludzie czasami wykazywali się nieprzychylnością dla nieznajomych, tutaj nie należało się tym martwić. Cador sądził, że działo się tak przez dużą rotację przyjezdnych – to tu łączył się główny trakt Estrille z drogą prowadzącą z Funnahu. Z czasem dało się przywyknąć do ciągłego widoku obcych twarzy.
— Po czym wybierzemy gospodę? — zagadnął Aidan i zerknął na zadumanego Cadora, opuściwszy mapę.
— Po cenie — stwierdził, przenosząc na niego wzrok. — I po piwie. Jedzenie najpewniej będzie tak samo podłe wszędzie.
Aidan skinął głową. Nie wyglądał na przekonanego, ale nawet się nie zająknął. Cador uśmiechnął się pogodnie, ale lekko, nie chcąc go speszyć.
— Byłeś tu już kiedyś? — spytał, zrównawszy z nim krok.
— Nie. — Zerknął na Cadora, dalej niosąc mapę przed sobą niczym tarczę. — Raczej trzymałem się północy i zachodu Estrille. Kiedyś mogliśmy pojechać do Funnahu, ale zachorowałem i zostałem w domu.
— Wieczorami bywa tu naprawdę przyjemnie. Ludzie są mniej nieufni niż w większości Estrille — zapewnił.
— Wieczorami — powtórzył z przekąsem.
Cador nie odniósł się do uszczypliwego komentarza. Czasami zapominał, że nie wszyscy młodzi chłopcy prowadzili podobny tryb życia do niego – w takich chwilach na moment albo dwa ogarniało go coś na kształt zawstydzenia. Szybko jednak dochodził do wniosku, że niczego nie żałował.
— Co powiesz na tę? — rzucił, kiedy wyszli zza rogu.
Kawałek dalej wisiał drewniany szyld z nazwą karczmy. Aidan skrzywił się lekko, przypatrując się zaniedbanemu budynkowi. Kamienie z cokołu już się kruszyły i wyglądały na wielokrotnie zabrudzone, a murowane ściany pokryły się licznymi odbarwieniami, nie wspominając o narożnych ubytkach. Mimo to i okna, i drzwi sprawiały wrażenie całkiem nowych – może dlatego, że zostały niedawno wymienione.
— Nie mamy dużo pieniędzy — przypomniał Cador, zauważywszy jego zawahanie.
— Wiem — westchnął. — Po prostu nigdy nie zatrzymywałem się w takich miejscach.
— W naszym fachu bywa się w najróżniejszych dziwnych budynkach — skwitował i skierował się do drzwi.
Chłopak zacisnął usta, odprowadził go wzrokiem, po czym – z rezygnacją opuściwszy ramiona – podążył jego śladem. Przekroczyli próg, w izbie natychmiast zalał ich zapach taniego alkoholu wymieszanego z dymem tytoniowym. Aidan zakaszlał, zaraz przyciskając sobie przegub do ust oraz nosa. Nie znosił tego odoru i zawsze reagował na niego łzawieniem oczu oraz drapaniem w gardle. Nie poskarżył się jednak, nie chcąc irytować Cadora.
Wiele miejsc było zajętych. Dym i słabe oświetlenie sprawiało, że znajdujący się w karczmie ludzie niknęli w specyficznym półmroku, dokoła niosły się zmieszane głosy. Na tyłach pomieszczenia dało się dostrzec ladę, za którą jednak nie stał ani karczmarz, ani nikt, kto by obsługiwał gości. Aidan, starając się już nie kaszleć, podreptał za Cadorem, z niepewnością spoglądając na grających w karty mężczyzn.
— Może zajmij miejsce — zaproponował Cador, obróciwszy się do niego w połowie drogi. — Ja załatwię jedzenie i picie, a pokoje, jeśli mają.
— W porządku — zgodził się od razu.
Cador posłał mu uśmiech, zanim odwrócił się i podjął spacer. Aidan, westchnąwszy ciężko, przez co znowu się zakrztusił, skierował się między stoliki. Chciał znaleźć taki, który nie znajdował się na środku sali i był w możliwie najcichszym otoczeniu – a w tym celu musiał przedostać się na drugi koniec izby. Starał się też nie nawiązywać z nikim kontaktu wzrokowego, bojąc się, że sprowokowałby nieprzyjemności.
Kiedy już wypatrzył odpowiednie miejsce, usłyszał ochrypły, pełen pogardy głos. Nieznajomy nie zwracał się do niego, ale Aidan i tak przystanął, mimowolnie zainteresowany powstałym zamieszaniem.
— Zabieraj się stąd, suko — warknął mężczyzna, pochyliwszy się nad zajmowanym przez kogoś stolikiem. — Ja tu usiądę.
Aidan spojrzał na zgarbioną, zajętą jedzeniem dziewczynę. Nadal miała na sobie płaszcz podróżny, zdjęła tylko kaptur, ukazując okrągłą twarz. Wyglądała na drobną oraz delikatną, dlatego od razu chwycił go niepokój o jej bezpieczeństwo. Zaczepiający ją mężczyzna był o wiele większy i na pewno silniejszy.
— Powiedziałem! — rzucił nieznajomy i uderzył dłonią o blat.
Aidan postąpił krok w ich stronę, gotów interweniować.
— Spieprzaj, dziadzie — parsknęła, łypnąwszy na niego ponuro; na moment zawiesiła łyżkę nad miską, zanim z powrotem zatopiła ją w chudej zupie.
— Dziwko — syknął wściekły — won!
Jedno uderzenie wystarczyło, żeby strącić naczynie ze stołu i cisnąć nim na podłogę, gdzie rozpękło się na dwie części. Aidan jęknął przerażony, zatrzymawszy się na jedno lub dwa uderzenia serca. Zanim zdecydował, co zrobić, dziewczyna zerwała się na równe nogi, wbijając w nieznajomego rozognione spojrzenie.
— Goń się!
Jej zaciśnięta w pięść dłoń z impetem wbiła się w brzuch mężczyzny, wyciskając z niego oddech. Goście przy stołach odezwali się nierównym krzykiem dezaprobaty wymieszanym z odgłosami zachwytu. Dwoje awanturników ruszyło do potyczki. Nieznajomy wyglądał na rozjuszonego do granic wytrzymałości, dziewczyna jednak, poza roziskrzonym wściekłością spojrzeniem, zachowywała spokój.
— Zostaw ją! — zawołał Aidan, rzucając się ku walczącym.
Ciasna przestrzeń sprawiła, że do starcia – poprzez niecelne ciosy – włączono także innych gości, wokół awanturników zaczęło się tworzyć coraz większe poruszenie. Aidan zdołał przepchnąć się między dwoma krzyczącymi mężczyznami tylko po to, żeby szarpnąć prowokatora za ramię. W następnej chwili ktoś chwycił go za kołnierz i cisnął nim niczym szmacianą lalką prosto na jeden z zajętych stolików. Blat złamał się pod jego ciężarem, a wściekli goście zerwali się na równe nogi, plując przekleństwami.
Cador odwrócił się od lady, przy której stał, i zaniepokojony spojrzał na narastającą na środku izby bójkę. W jednej chwili podjął decyzję – należało zabrać stąd Aidana i zmienić lokal. Dość, że samo towarzystwo w karczmie zdążyło go wystraszyć, nie potrzebowali kolejnych atrakcji. Rozejrzał się, szukając Aidana wzrokiem, kiedy dostrzegł go dźwigającego się z podłogi. Skrzywił się, nie wierząc własnym oczom.
Czy naprawdę musiał wdać się w sprzeczkę w pierwszej karczmie, w której się zatrzymali od wyjazdu z Nastaru?
— Szlag — rzucił przez zęby, ruszając mu na ratunek.
Zanim przecisnął się przez zagradzających drogę ludzi, usłyszał niewybredne przekleństwa wykrzykiwane przez kilku mężczyzn przy centrum zamieszania. Odpychając przeszkadzających mu w przejściu gości, ujrzał, jak ktoś podnosił krzesło i z rozmachem uderzał nim prosto w ramię osłaniającego się awanturnika z zakrwawionym nosem. Jego uwagę skupił podnoszący się z roztrzaskanego stołu Aidan.
W jego oczach dostrzegł gniew. Nigdy jeszcze nie widział go zdenerwowanego. Chwycił go za łokieć, powstrzymując przed ruszeniem do walki, i na wszelki wypadek usunął się z drogi nacierającego mężczyzny.
— Wynosimy się stąd — poinformował, szarpnąwszy nim. — Dość już się pobawiłeś.
— Nie mogę! — Aidan obrzucił go złym spojrzeniem. — Skrzywdzą ją!
Cador, zmarszczywszy czoło, przyjrzał się zamieszaniu. Dopiero teraz zorientował się, że wśród agresywnych mężczyzn lawirowała równie zdenerwowana, bardzo bojowa dziewczyna. Patrząc, jak uchylała się przed ciosem, wyprowadzając własny przy pomocy połamanej nogi od krzesła, poczuł, jak serce na moment albo dwa zamierało mu w piersi.
Znał ją. Przed jego oczami stała zaginiona przed pół roku towarzyszka podróży, impulsywna Aithne o rozczochranych rudych włosach, z małym piegowatym nosem oraz cieniem siniaka na kości policzkowej, który podkreślał granatowe, błyszczące szaleństwem oczy. Ze wściekłym warknięciem uniknęła ciosu, ale kolejny spadł na jej bark, wytrącając z ręki prowizoryczną broń. Zdawała się nie zauważać całego świata, skupiona na jednym przeciwniku, gwałtownie odpychając z drogi pozostałych awanturników.
Cador natychmiast podjął decyzję. Ponownie szarpnąwszy Aidana, odsunął go kawałek dalej, nie spuszczając wzroku z szamocącej się Aithne.
— Nie wtrącaj się — zażądał i ruszył.
Prześlizgnięcie się wśród walczących bez zwrócenia na siebie uwagi było zaskakująco proste. Musiał uniknąć ledwie dwóch lub trzech ciosów, zanim stanął przed rozjuszoną Aithne. Niewiele myśląc, chwycił ją za łokieć, by nie podejmowała dalszej walki. Ledwie otworzył usta, chcąc się odezwać, Aithne z zaskakującą gwałtownością odwróciła się, wyprowadzając kolejne uderzenie.
Cador zupełnie nie przygotował się na atak, dlatego zareagował za późno – jednak na tyle szybko, by uchronić szczękę przed złamaniem. Cios padł na twarz, sprawiając, że głowa niekontrolowanie odskoczyła w bok; aż się zachwiał i poniewczasie osłonił się ramieniem. Pulsujący ból przeszył czaszkę, przed zmrużonymi oczami zamigotały czarne plamy i tylko dzięki dużemu doświadczeniu odzyskał kontrolę nad ciałem wyjątkowo szybko. Musiał przyznać, że nie podejrzewał, by Aithne miała aż tyle siły. Prawie zwaliła go z nóg jednym uderzeniem.
— Cador! — usłyszał zaniepokojony głos Aidana, jednak go zignorował.
Aithne zastygła z uniesioną pięścią, wpatrując się w niego ze zdumieniem. Gniew zniknął z jej twarzy, wyglądała na zdezorientowaną, trochę nawet zagubioną. Pomimo łzawiących oczu oraz pulsującego bólu głowy Cador wykrzywił usta w uśmiechu, czując zalewające serce ciepło. Polubił tego nierozsądnego potworka, którym przez kilka tygodni musiał się opiekować.
— O w mordę — wychrypiała, z przerażeniem przesunąwszy wzrokiem z własnej ręki na jego siniejącą twarz.
— Nie inaczej — przytaknął.
Aithne otworzyła usta, by coś powiedzieć, ale jeden z walczących wpadł na jej plecy. Warknęła gniewnie, wpadając w ramiona Cadora, przed czym nawet się nie broniła. Od razu przycisnął przyjaciółkę do siebie, widząc, że bójka nabierała rozpędu – teraz zaangażowała się znaczna część gości, a wszyscy ci, którzy nie mieli na to ochoty, opuszczali budynek.
— Idziemy — rzucił, uznawszy, że był to najlepszy pomysł. — No już. — Pociągnął Aithne. — Aidan!
Chłopak, posyłając obejmowanej przez Cadora dziewczynie zdumione spojrzenie, tylko skinął głową. Ruszyli ku wyjściu, sprawnie lawirując wśród przepychających się ludzi. Kiedy wreszcie wyrwali się ze zbitego tłumu na chłodniejsze, bardziej rześkie, nocne powietrze, Cador odetchnął pełną piersią, ignorując szczypanie poniżej kości jarzmowej.
— Co cię podkusiło? — sapnął, odwracając się do Aidana. — Z tobą pogadam za chwilę — dodał, zacisnąwszy dłoń na przegubie Aithne.
— Myślałem, że… — Zerknął na nią, rumieniąc się. — …że będę musiał pomóc.
— Ostatecznie pomocy potrzebowaliśmy my. Chodź, potworku — zwrócił się do milczącej Aithne i pociągnął ją w ulicę, chcąc jak najszybciej oddalić się od karczmy.
— Przepraszam — mruknęła.
Cador spojrzał na nią zaskoczony; dopiero wtedy odkrył, że ze zmarszczonym czołem wpatrywała się w jego twarz. Uśmiechnął się ciepło, ignorując natrętnie pulsujący ból.
— Masz mocny cios. Skąd się tu wzięłaś? — zagadnął. — A. — Zatrzymał się, przez co idący za nim Aidan prawie wpadł w jego plecy. — Poznaj mojego ucznia, Aidana. Aidan, to Aithne, moja ostatnia podopieczna.
Chłopak skinął głową i niepewnie wyciągnął rękę, nie wiedząc, jak powitać dziewczynę, która przed chwilą spuściła lanie grupie mężczyzn. Aithne, łypnąwszy na jego dłoń, skrzywiła się, ostatecznie jednak krótko ją uścisnęła.
— Zatrzymałam się na odpoczynek — skwitowała wymijająco. — Nie spodziewałam się, że od razu wpadnę na niewydarzonego obrońcę.
Aidan nabrał powietrza, by stanąć po jego stronie, Cador jednak ubiegł go pogodnym śmiechem. Rozczochrał i tak skołtunione włosy Aithne, mrużąc oczy z rozbawieniem.
— My też się nie spodziewaliśmy, że obudzimy się pewnego dnia bez ciebie w tej posiadłości — odgryzł się.
Aithne zająknęła się, jakby zamierzała odpowiedzieć, ale odwróciła wzrok i skuliła ramiona. Nie pisnęła choćby słówkiem, pochmurniejąc. Cador zmarszczył czoło, przez uderzenie serca obserwując jej niezadowoloną minę.
— Powinniśmy znaleźć nowe lokum — uznał i popatrzył przed siebie. — Poprzedniego sprawnie nas pozbawiłaś.
— Na mapie… — zaczął Aidan, ożywiwszy się, że mógł się na cokolwiek przydać.
— Kawałek dalej jest niezła gospoda — przerwała mu Aithne i wzruszyła ramionami. — Niezbyt droga, nakarmią i mają pokoje. Możecie tam iść.
— A ty? — podchwycił Cador, kładąc dłoń na ramieniu Aidana.
Zerknęła na niego spłoszona, ale nie odsunęła się, co uznał za dobry znak. Przyjrzał się jej, cierpliwie czekając, aż odpowie. Skierował się w stronę, skąd dochodził nasilony gwar głosów, licząc, że trafią do omawianej karczmy.
— Też mogę. Nie wykupiłam tam pokoju — uznała powoli.
— To postanowione. Aidan, pasuje ci? — zwrócił się do wyjątkowo cichego ucznia.
Chłopak uniósł głowę, odrywając wzrok od bruku, w który do tej pory intensywnie się wpatrywał. Podchwyciwszy jego spojrzenie, skinął głową, niemrawo odpowiadając na uśmiech. Cador uznał, że poczuł się niepewnie w towarzystwie Aithne – z jednej strony trudno się dziwić, z drugiej powinien się przyzwyczajać. Niedługo mieli spotkać się także z Ariene oraz Calebem, a żadne z nich nie było wiele normalniejsze od impulsywnej Przeklętej.

Posiłek przebiegał w spokoju. Dostali ciepłe zupy i jedli w milczeniu. Cador od czasu do czasu przyglądał się to Aithne, to Aidanowi, zastanawiając się, co zrobić, żeby zatrzymać przy sobie dziewczynę. Nie chciał siłą powstrzymywać jej od odejścia, wydawało mu się jednak, że Errian czy Anabde powinni dowiedzieć się, że była cała oraz zdrowa. Nie miał tylko pewności, czy Aithne tęskniła za nimi tak samo jako oni za nią.
— Załatwiłeś pokoje, Aidan? — zagadnął, kiedy zauważył, że oboje kończyli posiłki.
Chłopak spojrzał na niego zaskoczony, zanim skinął głową.
— Jeden, ale na dwie osoby — stwierdził powoli. — Może tak być? — Nerwowo zerknął na milczącą, ponurą Aithne.
Cador uniósł brwi, w pierwszej chwili nie wiedząc, o co mu chodziło. Zaraz domyślił się, że nie rozumiał, jakie relacje łączyły go z Aithne. Uśmiechnął się.
— Zdecydowanie. Wolałbym nie spać z tobą w jednym łóżku — rzucił z przekąsem, nabierając na łyżkę trochę zupy. — To co zrobisz, Aithne?
Dziewczyna poderwała głowę i spojrzała na niego zdezorientowana.
— Pójdziesz gdzieś? — podsunął. — Nie wiem, jakie masz plany.
— Nie mam planów — mruknęła i zmarszczyła czoło, jakby zastanawiała się, czy właśnie dawała się złapać w pułapkę.
— Może zostałabyś z nami? — zaproponował; zignorował pełne zdumienia oraz przestrachu spojrzenie Aidana. — Zawsze to przyjemniej.
Kiedy dostrzegł w oczach Aithne cień, zwątpił, czy spytanie o to tak szybko było dobrym pomysłem. Zwykle najpierw robiła, potem myślała – pewnie dlatego uciekła z posiadłości Erriana bez pożegnania. Cadorowi wydawało się, że żałowała tej decyzji, ale z wrodzonej przekory mogła zdecydować się znów umknąć.
— Nie zamierzam cię… — zaczął, chcąc załagodzić sytuację.
— W porządku — mruknęła, spuściwszy głowę, by niemrawo nią skinąć. — Mogę zostać. Tylko muszę…
— Aidan, wynająłbyś jeszcze jeden pokój? — spytał, nie wierząc, jak łatwo poszło.
— Oczywiście — stwierdził, uśmiechnął się niepewnie i wstał, zabrawszy z blatu znacząco uszczuplony mieszek z pieniędzmi.
Cador odprowadził go spojrzeniem, dając Aithne czas na pogodzenie się z podjętą decyzją. Kojarzyła mu się z nieoswojonym zwierzątkiem, dlatego wydawało mu się, że traktowanie jej z ostrożnością mogło przynieść lepsze rezultaty.
— Podróżujesz sama, jak rozumiem? — odezwał się, odwracając do niej głowę.
Bezcelowo mieszała łyżką w misce, unikając jego spojrzenia. Wciąż wyglądała jak zagubione dziecko, ale chyba trochę się rozluźniła. Może naprawdę tęskniła, tylko nie potrafiła się do tego przyznać.
— Teraz już nie.
Uśmiechnął się, słysząc podszytą cieniem pretensji odpowiedź.
— Chodziło mi o to, czy miałaś z kimś kontakt przez ostatnie pół roku — doprecyzował i przyjrzał się zawracającemu spod lady Aidanowi.
— Nie. Tylko z Faryale — odpowiedziała. — A ty?
— Piszę listy z Ariene. Larkin odłączył się od nas dawno temu, nie podając przyczyny — stwierdził, uśmiechnąwszy się pogodnie. — Sam wyjechałem z powodów rodzinnych, ale zamierzam z powrotem dołączyć do Ariene.
— Och. — Podniosła na niego wzrok i skinęła głową. — Aha.
Aidan dosiadł się do ich stolika, bez słowa przysuwając do Aithne klucz. Dziewczyna odruchowo go przejęła, po czym mocno zacisnęła palce, aż pobielały jej knykcie.
— Numer czwarty — poinformował Aidan. — My mamy numer trzeci — dodał, przeniósłszy wzrok na Cadora.
— Doskonale — mruknął i pochylił się nad resztką zupy. — Obyśmy się dzisiaj porządnie wyspali.
— Okolica wydaje się cicha — zauważył Aidan.
Cador pokiwał głową, już na nich nie patrząc. I jemu udzielił się mniej radosny nastrój, który – zdawałoby się – pochodził od markotnej Aithne. Nie mógł pozbyć się wrażenia, że jej samopoczucie miało ścisły związek z brakiem wieści o Anabde oraz Errianie. Istniała szansa, że się mylił, ale nie sądził, by cokolwiek innego mogło ją pozbawić humoru.

— Co tak przygasłeś?
Aidan odwrócił się od wąskiego łóżka, na które rzucił torbę podróżną, i spojrzał na zamykającego drzwi Cadora. Obrońca, puściwszy klamkę, zerknął na niego wyczekująco.
— Nie rozumiem — mruknął chłopak.
— Przestałeś się odzywać w towarzystwie Aithne — wytknął, ruszając do własnego posłania. — Wcześniej byłeś bardziej rozmowny. Aithne może nie robi najlepszego pierwszego wrażenia, ale da się ją lubić.
Aidan skrzywił się powątpiewająco, co nie umknęło uwadze Cadora. Przysiadł na łóżku i wbił w niego bardziej przeszywające spojrzenie.
— Roztrzaskała na głowie tamtego mężczyzny krzesło — wykrztusił wreszcie.
— Zdarza się jej — zgodził się spokojnie.
Aidan posłał mu przerażone spojrzenie.
— No i… — zaczął, otrząsnąwszy się. — Jest trochę dziwna. To znaczy w żaden obraźliwy sposób — zaznaczył przestraszony. — Po prostu wzbudza we mnie niepokój. Jest w niej coś strasznego.
Cador zamarł pochylony nad otworzoną torbą i zerknął na niego. Zastanowił się, czy wspominał, że Aithne była Przeklętą, ale szybko doszedł do wniosku, że nie – nie rozumiał więc, skąd te trafne wnioski.
— Umie się bić, to się często zdarza wśród kobiet — mruknął niedbale, wyciągając poszukiwaną manierkę.
— Nie o to chodzi. — Pokręcił głową. — Roztacza dziwną… aurę. Zagrożenia.
Cador przyjrzał się mu uważnie, już nie udając, że skupiał się na dokręcaniu gwintu. Sam nigdy nie czuł przy Aithne niczego wyjątkowego – miał ją za zwyczajną dziewczynę, dopóki nie zobaczył jej w otwartej walce. Jeśli Aidan coś zauważył, to mogło oznaczać…
— Dysponujesz zmysłem magicznym? — spytał, przechyliwszy głowę.
Aidan posłał mu spłoszone spojrzenie.
— Nie wiem. Chyba nie. Dlaczego?
— Aithne to Przeklęta. Wydaje mi się, że wyczuwasz jej aurę magiczną, czyli sam musisz przynajmniej mieć szósty zmysł — wytłumaczył, obserwując zdumienie wymieszane z przerażeniem, które pojawiło się na jego twarzy. — Ale nie mogę tego stwierdzić w żaden sposób, bo sam jestem go pozbawiony.
— Przeklęta? — powtórzył niemal bezgłośnie, blednąc.
Cador machnął ręką i na powrót zajął się manierką – upewnił się, że dobrze ją dokręcił, upiwszy kilka łyków, po czym schował do torby.
— Nie daj się zwariować plotkom — polecił. — Przeklęci są zupełnie normalni i nie musisz się ich obawiać, póki cię lubią. Aithne nie zrobi ci krzywdy.
Cisza, która zapadła, była jednocześnie wyjątkowo wymowna oraz pełna powątpiewania. Cador, szykując papier oraz pióro, popatrzył na Aidana z rozbawieniem. Z perspektywy czasu zdumiewało go, z jakim spokojem przyjął wieść o tożsamości podopiecznej oraz części towarzyszy. Wydawało mu się jednak, że nigdy nie pielęgnował w sobie irracjonalnego strachu przed drugą rasą.
— Nie oceniaj na razie. Po prostu ją poznaj. Jest zupełnie zwyczajna, tak jak ja czy ty, tylko… mogłaby nas rozerwać na strzępy. — Wzruszył ramionami.
Nie był pewien dlaczego, ale ta myśl go bawiła. Siadając przy wąskim stoliku i zabierając się za pisanie listu, posłał Aidanowi wesołe spojrzenie. Pochmurny chłopak zdecydowanie nie wyglądał na przekonanego, jednak z poczucia obowiązku skinął głową. Miął przy tym pościel w dłoniach z zaskakującą nerwowością.
— Ja jeszcze chwilę posiedzę, możesz się już kłaść — poinformował Cador, postanawiając skończyć niewygodny temat.
Odwrócił się do czystego papieru, uśmiechnął się trochę nieobecnie, zanurzył pióro w resztce inkaustu, który wiózł ze sobą przez Lostar aż od rodzinnego domu, po czym zabrał się za pisanie. Za plecami słyszał krzątanie się Aidana, jednak nie zwrócił na nie uwagi. Chciał skończyć list na tyle szybko, żeby jeszcze trafić na karczmarza przy ladzie – wtedy wiadomość zostałaby wysłana z samego rana i wcześniej dostała się do adresatki.
Układając w głowie następne zdania, nakreślił dwa słowa, którymi zawsze rozpoczynał korespondencję do Ariene:
Mała wiedźmo!...

Tkwiła w ciemności. Nie był to jednak mrok nocy – czerń jakby się nawarstwiała, niemalże dusiła, zmuszając do walki o każdy kolejny oddech. W idealnej ciszy dzwoniącej w uszach rozlegał się miarowy, płytki świst dobywający się z jej własnej piersi. Wiedziała, że trwała w oczekiwaniu, nie miała tylko pojęcia na co. Chciała uciec. Chciała wolności. Nie potrafiła się ruszyć nawet o krok.
Milczenie rozdarł czyjś szept. Jej mięśnie się napięły, a ciało szarpnęło w instynktownej potrzebie obrony, ale nie nadeszło nic złego. Obcy głos stopniowo narastał, aż na krótką chwilę przeobraził się w ostry, przenikliwy krzyk. Sama zakwiliła, kuląc się niczym skopane zwierzę. Czekała, teraz już na cokolwiek – byle zostać wyrwaną z zawieszenia.
Wśród głosów oraz strzępków rozmów, które otoczyły ją jak zimny całun, zaczęły się rozlegać kroki. Dźwięki przybrały na sile do tego stopnia, że przestała słyszeć swój świszczący oddech. Przerażona tym, czego nie widziała, przygnieciona ciemnością, opadła na kolana i otuliła głowę ramionami, jak gdyby mogło ją to ochronić.
Poczuła na plecach zimny dotyk. Drgnęła, by w następnej chwili spazmatycznie się wygiąć, kiedy ostrze rozcięło ciało. Krew pociekła po skórze. Zdusiła wrzask w piersi –s  zamiast tego rozległ się zniekształcony skowyt, którego nawet nie potrafiła się przestraszyć. Zanurzywszy dłonie we krwi, spróbowała się wycofać przed przeciwnikiem.
Uderzyła barkiem w pień – kontakt z twardą, chropowatą powierzchnią otrzeźwił ją, sprawiając, że przestała na oślep uciekać. Zastygła, szeroko otwartymi oczami rozglądając się po wysokich, kołyszących się na wietrze drzewach. Aksamitna noc otulała las, przysłaniając widoczność, ale nie odbierając zmysłów. W jej sercu zagościł spokój wywołany przyjemną ciszą, dziwnym wrażeniem bezpieczeństwa. Westchnęła, niepewnie przesuwając dłońmi po nogach w poszukiwaniu ran, chociaż nie wiedziała nawet, skąd miałyby się wziąć.
Wilgotna woń igliwia wypełniła się gryzącym swędem dymu. To wystarczyło, by niespodziewanie przegonić spokój – gnana bliżej niesprecyzowanym przerażeniem, zerwała się na równe nogi i skoczyła przed siebie. Nie miała pojęcia, czy przed czymś uciekała, czy do czegoś biegła. Pędziła między drzewami, ile starczało jej sił, ignorując urywający się oddech. Musiała tam dotrzeć. Dokądkolwiek zmierzała.
Znalazła się na polanie rozjaśnionej słupem trzaskającego ognia. Zatrzymała się jak wryta, z poślizgiem hamując na jeszcze wilgotnej trawie, i spojrzała na zgliszcza budynku. Jej serce chyba rozpękło się z bólu oraz rozpaczy. Z gardła wyrwał się histeryczny krzyk, a gdy jego echo odbijało się od milczących pni, ona dopadła do zawaliska. Chciała schwycić pierwsze z brzegu gruzy, by odrzucić je na bok, jednak coś dostrzegła.
Spod jednej ze stropowych belek wystawał kawałek ludzkiego ciała. Podeszła bliżej, by się mu przyjrzeć. Zmiażdżona ręka ostatkiem sił uniosła się i błagalnie wyciągnęła w jej kierunku. Zwęglona skóra cuchnęła, wypełniając płuca trudnym do zniesienia odorem.
Odskoczyła przerażona, z jej gardła wyrwał się krzyk. Wpadła w czyjeś ramiona – szarpnęła się, uwalniając, kiedy jednak się odwróciła, nikogo nie ujrzała. Dokoła poniósł się tętent kopyt, ale nie mogła niczego dostrzec przez łzy, które stanęły jej w oczach.
Poczuła, jak ziemia pod nią pękała. Dostrzegłszy jasny kształt, osunęła się w ciemność. Nie zdołała się niczego chwycić i z pełnym impetem uderzyła w twardą, czarną posadzkę. Przesunęła dłonią po gładkiej strukturze, odnajdując ukojenie w obecności stabilnego podłoża. Jeszcze równała oddech, kiedy powoli zaczęła wstawać, bojąc się tego, co mogła w każdej chwili ujrzeć.
Niedaleko przed nią ktoś stał, obrócony jednak plecami. W pierwszej chwili zapragnęła uciec – jednak im dłużej tkwiła nieruchomo, rozdarta pomiędzy ciekawością oraz przerażeniem, tym bardziej przegrywała. Ostrożnie ruszyła, bezgłośnie stawiając stopy, w jej głowie pojawiło się znajome imię – Darren.
Osoba odwróciła się, rozwiewając wątpliwości. Spojrzała na smukłego, niezbyt postawnego mężczyznę, na którego przyjaznej twarzy widniał ciepły, niemalże czuły uśmiech. Popatrzył wprost na nią roziskrzonymi jasnymi oczami zdającymi śmiać się do wszystkiego wokół. Czupryna białych włosów opadała na czoło, rzucając lekki cień, przez co z początku wyglądał trochę ponuro.
To nie był Darren.
Do mężczyzny podszedł ubrany na czarno nieznajomy, którego twarz przysłaniał szeroki kaptur. Obszedł go po łuku niczym drapieżnik szykujący się do skoku – a ona niedowierzająco wpatrywała się w uśmiechniętego mężczyznę, nie potrafiąc zmusić ociężałych nóg do ruszenia.
To nie był Darren.
Nieznajomy dobył sztyletu. Drgnęła, chcąc zareagować, nie poradziła sobie jednak z ogarniającym ją przerażeniem. Mężczyzna, jak gdyby niczego nie widząc, uśmiechnął się szerzej i wyciągnął do niej rękę. Odruchowo uniosła ramię, sięgając do znajomej dłoni.
Odpowiada ci bierność?
Zamarła. Nieznajomy kierował ostrze na odsłonięte gardło mężczyzny. Zawahała się – ledwie uderzenia serca – wpatrując się w lśniący metal.
Teraz już nie odpowiada.
Ruszyła, kiedy sztylet zagłębił się w gardle, a krew, rozlewając się po skórze, prysnęła na jej twarz. Ciszę wypełnił pełen rozpaczy krzyk, roztrzaskując obraz.
Została tylko ciemność.

Aithne zerwała się z posłania, nawet nie zdając sobie sprawy z wrzasku, który wyrwał się z jej piersi. Zaraz stłumił go rozpaczliwy, histeryczny szloch. Zadławiła się własnym łzami i, nadal jeszcze osłaniając się ramieniem, potoczyła po pokoju przerażonym spojrzeniem.
Nikogo tu nie było. Nie widziała trupów, krwi, zagrożenia, tylko kontury tonących w mroku mebli. Przez okno sączyło się światło księżyca. Nikogo tu nie było.
Wraz z tą myślą uświadomiła sobie, że obraz z koszmaru nie musiał okazać się prawdą. Może Errian żył? Może… Jej ciałem wstrząsnęło łkanie, przez co mocniej się skuliła, podciągając nogi pod brodę. Nawet nie chciała o tym myśleć. Chciała zapomnieć.
Miała nadzieję, że uwolni się ucieczką. Teraz jedyne, co jej pozostało, to pełne wspominanie słów Faryale, kiedy ostrzegała ją przed popełnieniem kolejnego błędu.
Zanosząc się płaczem, otoczyła kolana ramionami i bezradnie się zakołysała, czując tęsknotę tak silną, że niemalże rwącą serce w piersi.

Cador gwałtownie otworzył oczy, napinając mięśnie w oczekiwaniu na cios. Odepchnął się od materaca, błyskawicznie sięgając po spoczywający pod poduszką sztylet. Wyszarpnął go, zerwawszy się na równe nogi, ale nie zwrócił uwagi na to, że uderzył kolanem w krzywo stojące krzesło. Atak nie nadszedł, dlatego zastygł, pozwalając sobie na ocenę sytuacji.
Pokój był pogrążony w spokoju. Aidan z pomrukiem niezadowolenia obrócił się na łóżku, jednak się nie obudził. Zza drzwi dobiegły stłumione kroki, ale szybko się oddaliły. Wszystko wydawało się w porządku – Cador powoli odłożył sztylet i przeczesał włosy dłonią, próbując zebrać myśli. Nie miał pojęcia, co tak niespodziewanie mogło zerwać go ze snu. Wyglądało na to, że nikt nie wtargnął do pomieszczenia i nie nastawał na niczyje życie.
Zniechęcony brakiem pomysłów z powrotem usiadł na łóżku. Jeszcze chwilę nasłuchiwał, nie zamierzając uwierzyć, że tak po prostu skoczył na nogi bez wyraźnego powodu. Uśmiechnął się rozbawiony, kiedy Aidan chrapnął cicho, obracając się na bok, i wtedy wychwycił ten dźwięk.
Płacz. Ktoś płakał za ścianą.
— Aithne — wyszeptał i chwycił leżący obok sztylet.
Zerknął na Aidana, doszedł jednak do wniosku, że angażowanie go w to byłoby nierozsądne. Po cichu przeszedł do wyjścia, zgarnąwszy przewieszoną przez oparcie krzesła koszulę, wyślizgnął się na korytarz i, zaciskając dłoń na sztylecie, skierował się do odpowiednich drzwi. Nie trudząc się pukaniem, nacisnął klamkę i przekroczył próg, od razu omiatając wnętrze spojrzeniem.
Na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało w porządku. Nie zauważył śladów szamotaniny ani wypadku, z którego powodu Aithne mogła się rozpłakać. Najpierw nawet jej nie zdołał zauważyć. Dopiero kiedy wszedł nieco głębiej, dostrzegł skuloną na łóżku postać. Wypuścił wstrzymywane powietrze i, odłożywszy sztylet na stół, skierował się do niej.
— Aithne — mruknął miękko, przysiadając na brzegu materaca.
Drgnęła i odsunęła się trochę, osłoniwszy się ramieniem, jak gdyby bała się ciosu.
— Spokojnie, to ja. Cador — zapewnił pośpiesznie, zanim zrobiła coś pochopnego.
Opuściła rękę, unosząc głowę, i spojrzała na niego załzawionymi oczami. Ciszę przerwał jej urywany, świszczący oddech, nadal płytki, jakby nie mogła się uspokoić.
— Cador — powtórzyła.
Skinął głową i uśmiechnął się ciepło.
— Miałaś zły sen? — zagadnął, zachęcająco wyciągając ramiona, żeby mogła się przytulić, gdyby tego potrzebowała.
— Zły sen — szepnęła mało przytomnie.
Jej oczy znów się zaszkliły, a z piersi wyrwał się szloch. Skuliła się, chowając twarz w nogach, i załkała przejmująco, kiwając się to w przód, to w tył. Cador zamarł na kilka uderzeń serca, zdruzgotany tym, co się stało. Nigdy nie widział Aithne w histerii – to zupełnie do niej nie pasowało.
— Hej, hej, no już, spokojnie — wykrztusił bezradnie, dotykając jej pleców. — Nie płacz. To tylko sen. No, weź głęboki wdech.
Aithne, zachłystując się powietrzem, niespodziewanie mocno go objęła i wcisnęła twarz w jego ramię, zwilżając w pośpiechu naciągniętą koszulę gorącymi łzami. Wczepiła się w niego tak kurczowo, że zabrakło mu tchu. Przytulił ją, nie wiedząc, jak się zachować.
— Aithne — zamruczał, głaszcząc ją po włosach.
— On żyje, prawda? — tchnęła tak słabo, że ledwie ją zrozumiał.
— Kto?
— Powiedz mi, że żyje — zażądała łamliwym głosem, wbijając paznokcie w jego plecy. — Powiedz, że Errian… że żyje.
Cador westchnął i zatroskany spojrzał na nią, zaciskając usta. Przygarnął ją do siebie, pozwalając się wygodniej wtulić, wsparł brodę na jej głowie i przymknął oczy.
Nie mógł jej okłamać. Nawet kosztem tego, że jej nie pocieszy.
— Nie wiem, Aithne — wyszeptał. — Mam nadzieję, że nic mu nie jest. To dzielny chłopak — dodał po krótkim zawahaniu.
— Chcę do Erriana.
Załkała, ale ze świstem wciągnęła powietrze, żeby się opanować. Cador zerknął na nią, nie wiedząc, jak pomóc. Wspomniał list, który napisał tego wieczoru do Ariene – jeśli szczęście im dopisze, wiedźma weźmie sprawy w swoje ręce i zdoła uratować przyjaciół od rozpaczy nad własnymi decyzjami.
Dlaczego uciekałaś, Aithne? Nie miał jednak odwagi, by wypowiedzieć pytanie na głos. Postanowił nie mieszać się w sprawę bardziej, niż było to konieczne.
— Na pewno niedługo się spotkacie — zamruczał, wsłuchując się w jej rozpaczliwą walkę z naciskającym na gardło szlochem. — Errian chciał cię odnaleźć.
— Skrzywdziłam go — żachnęła się słabo, ostatnie sylaby zmieniły się w rozpaczliwy pisk, nad którym nie panowała.
— Nie sądzę, by robiło mu to różnicę. Nie widziałaś go tamtego dnia. Nie spocznie, póki cię nie znajdzie. Nie martw się. — Uśmiechnął się, chociaż nie mogła tego widzieć.
— Powinien o mnie zapomnieć — wychrypiała i napięła ręce, jak gdyby chciała się od Cadora odsunąć.
— Głuptas — skarcił ją, stanowczo przy sobie przytrzymując. — Siedzisz cała zapłakana, bo za nim tęsknisz, i wygadujesz takie rzeczy? — Przechylił głowę, żeby spojrzeć na jej zaczerwienioną od płaczu twarz.
Podchwyciła kontakt wzrokowy, ale niczego nie powiedziała. Jej broda nadal drżała, jakby w każdej chwili znów mogła zaszlochać. Cador westchnął, odgarnął z jej czoła wilgotne kosmyki włosów, po czym objął ją raz jeszcze.
— Kładź się spać. Jutro będzie bolała cię głowa — mruknął, delikatnie popychając ją z powrotem na materac. — Spróbuj zasnąć.
Zanim wstał, chwyciła go za dłoń, powstrzymując. Spojrzał na nią zaskoczony, nie rozumiejąc, czego potrzebowała. Zauważył, że wpatrywała się w ścianę, chociaż wbijała mu paznokcie w skórę.
— Nie idź — poprosiła cichutko.
Cador zmarszczył czoło, ostatecznie jednak posłusznie usiadł z powrotem. Dopiero wtedy Aithne zwolniła uścisk i otuliła się kocem, nadal unikając go wzrokiem.
— Dobranoc — rzucił cicho, na co odpowiedział mu niewyraźny pomruk.
Z westchnieniem zapatrzył się na ciemny pokój, słuchając jej oddechu, by zorientować się, kiedy uśnie. Wiedział, że Aithne była niemądrą osóbką, nie sądził jednak, że potrafiła się skrzywdzić do takiego stopnia. Prawdopodobnie gdyby zapytał, z jakiego powodu uciekła, nie umiałaby odpowiedzieć konkretnie.
Wypuścił powietrze przez nos i przymknął oczy, nieco się rozluźniając w ciszy wypełniającej pomieszczenie. Uspokajała go też myśl, że Ariene na pewno coś wymyśli. Wystarczy, żeby nie dał Aithne znowu uciec.

6 komentarzy:

  1. Wczoraj postanowiłam przeczytać całego Twojego bloga od początku i strasznie się cieszę, że to zrobiłam, bo nie dość, że odświeżyłam sobie wydarzenia, to jeszcze dostrzegłam, że zastąpiłaś scenę z klatką inną, walką z potworem w posiadłości widma. Muszę przyznać, że ta zmiana strasznie mi się spodobała, chociaż kiedy zaczęło się przeszukiwanie posiadłości, przestraszyłam się, że moja pamięć szwankuje i jeszcze przez chwilę byłam zdezorientowana. Cieszę się, że Aithne miała okazję pokazać swoją moc zamiast siedzieć zamknięta nad lawą, chociaż tamta scena również mi się podobała.
    W ogóle to strasznie się cieszę, że w końcu wspomniałaś o potworku i że nasze rude rozczochrane pojawiło się, wywoławszy bójkę. A skoro moja ulubienica się pojawiła, to mogę spać spokojnie. W końcu Cador na pewno dobrze się nią zajmie.
    Ciekawi mnie Aidan i sposób, w jaki rozwiniesz jego postać, dlatego wręcz nie mogę się doczekać kolejnych rozdziałów! Po cichu jednak liczę, że mój Team Marzenie też niedługo znowu się pojawi. (Mowa oczywiście o Sheridanie i Errianie, których relacja tak strasznie mi się podoba, że nie mogę przestać się uśmiechać do monitora).
    Tak żeby nie było, że piszę o niczym, sen wyszedł cudownie i mrocznie. Dobrze, że ja nie mam takich koszmarów, bo pewnie wpadłabym w jeszcze większą histerię niż Aithne. W końcu taki los tchórzy. Ale muszę powiedzieć, że w pewien sposób identyfikuję się z rudym rozczochranym, chociaż nie jestem ruda ani rozczochrana. Też boję się ciemności i też nie zamierzam się do nikogo za bardzo zbliżać, bo jak ta osoba odchodzi, to boli. Ale charakter mam o wiele mniej wybuchowy. (Chociaż kto wie, co by się stało, gdyby komuś udało się wyprowadzić mnie z równowagi). ;)
    To by chyba był koniec mojego chaotycznego komentarza, bo i nic sensownego nie przychodzi mi do głowy. Pozostaje przetrwać ten miesiąc do kolejnego rozdziału.
    Pozdrawiam Cię serdecznie!
    Caireann Devin, która jest zbyt leniwa, żeby się przelogować

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojej, jakie desperackie poświęcenie, by czytać to od początku! :D
      Zmiany zostały zainspirowane przez moją kochaną Koh, a jest ich ciut więcej, bo dopisałam parę mniejszych scen. Ale tak, w głównej mierze poprawiłam Perrian, żeby nie wyglądał jak wycinek z gry komputerowej (a Koh jest tu, patrz: nieprzetlumaczalne.blogspot.com. Będę reklamować, bo mogę! :D).
      Ojej, dwie osoby na świecie, które lubią Aithne, to z pewnością niecodzienne! Specjalnie trochę trzymałam w niepewności, w końcu miała być zaginiona. Ale Aithne nawet się zaginąć nie umie. xD
      Tak, ja też uwielbiam Sherriana. To OTP ma już nawet nazwę, he. A Aidan, cóż, zostanie rozwinięty, ale czy w zadowalającą stronę, to zobaczymy. Mimo wszystko bardzo go lubię. <3
      Ojej. Mam nadzieję, że podstawy takiego zachowania są inne niż u Aithne - a zbliża się moment, kiedy dokładnie poznamy jej historię, hehe. Cieszę się, że sen się podobał. <3 Pisałam go w przerwach od drzemki na czeskim opuszczonym cmentarzu. Tak.
      Zapraszam cię częściej, jeśli tylko będziesz mieć wena na chaotyczne komentarze, chętnie je przyjmę! <3

      Usuń
  2. Uśmiałam się przy tej bijatyce w karczmie, typowa Ai ^^ Aidan mnie rozbraja, jest koszmarnym nieogarem ale nie da się go nie lubić, choć w sumie nie bardzo odbiega od Cadora kiedy próbuje ratować innych ;P Zaintrygował mnie sen Ai, niech sie ten watek porozwija jeszcze! :)

    Soyta

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Yay, rozbawiłam cię. <3 Eeej, jak możesz cisnąć po naszym najlepszym obrońcy! Aidan to straszny frajer, też go uwielbiam!
      Cierpliwości, zamierzam zdradzić całą tajemnicę w tej części! Już niedługo, jeszcze tylko trochę!

      Usuń
  3. Idąc za ciosem zabrałam się za nadrabianie Granic. Ach, tego też mi brakowało! Chyba nawet bardziej niż Legendy czy Strażniczki (która też czeka na swoją kolej).
    Nie mam w sumie co mówić o tym rozdziale, jedynie mam nadzieję, że już niedługo drużyna znów się zbierze do kupy i zacznie się zabawa :D Bo to robaczki lubią najbardziej! <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Słyszałam opinie, że wyszła mi z tego dobra obyczajówka, więc jeszcze trochę cierpienia i wszyscy będą już w komplecie. :D

      Usuń