niedziela, 20 grudnia 2015

Rozdział 4.



Sefra, Estrille, 386 rok drugiej ery, Lostar.

Przyjemny, lekki wietrzyk rozganiał duszące zapachy miasta, które zalegały pomiędzy niskimi budynkami, tworząc swego rodzaju płaszcz nad Sefrą. Chociaż pogoda nie była parna, w godzinach południowych oraz wczesnych popołudniowych z trudem dawało się wytrzymać atmosferę miasteczka. W tych porach najwięcej osób opuszczało domostwa czy miejsca pracy, by udać się na rozstawione wzdłuż głównej ulicy stragany. Wyglądało to uroczo, jeśli obserwowało się wyłącznie zza okien, nie wchodziło między przechodniów.
Ariene przystanęła wśród ludzi, oglądając się przez ramię na idącego za nią Caleba. Myśliwy, od kiedy tylko opuścili mury karczmy, ostentacyjnie demonstrował, jak bardzo nie odpowiadał mu ten sposób spędzenia popołudnia. Wlókł się za nią w niestosownie dużej odległości, krzywił się, ilekroć na niego spojrzała, wywracał oczami i mamrotał pod nosem, zaborczo przytrzymując przy sobie ukochaną skórzaną torbę. Ariene po części ten widok bawił, po części irytował. Kilkukrotnie tłumaczyła Calebowi, że musieli udać się na targowisko przed wyjazdem z Sefry i że potrzebowała go, by jej pomógł. Najwyraźniej jednak bardzo nie chciał przyjąć tego do wiadomości.
— Jeśli się ruszysz, szybciej się ze wszystkim uporamy — skarciła go, kiedy wreszcie się z nią zrównał.
Posłał jej przeciągłe, pełne niechęci spojrzenie. Przypominał obrażonego chłopca, któremu zabroniono niebezpiecznej zabawy w towarzystwie nierozsądnych kolegów.
— Już ci mówiłam, nie możemy…
— Wiem — przerwał jej ponuro i poprawił połę płaszcza, którą szarpnął mijający go przechodzień. — Nie musisz się powtarzać.
— To o co ci chodzi? — parsknęła, podejmując marsz, bo niespodziewanie ogarnęła ją przemożna potrzeba urwania Calebowi głowy.
Nawet kiedy to ona go pouczała, wychodziła na słabsze ogniwo.
— Naprawdę nie mogliśmy poczekać? — burknął. — To najgorsza możliwa godzina.
— Później część stoisk zamkną — żachnęła się, znów oglądając się przez ramię. — Nie mam ochoty rozkładać zakupów na kilka dni.
— Kto o zdrowych zmysłach umiejscawia targ na ulicy — skomentował bardziej do siebie, posławszy jej pełne dezaprobaty spojrzenie, jak gdyby wciąż nie uważał jej argumentów za rzeczowe.
Ariene wywróciła oczami, nie podejmując tematu. Caleb tak czy inaczej był jej potrzebny wyłącznie w formie siłowego wsparcia, żeby nie męczyć się z zakupami, dlatego – przy odrobinie szczęścia – jeśli przestanie zwracać uwagę na jego marudzenie, wreszcie stanie się w pełni przydatny. Przyśpieszyła kroku, chcąc dotrzeć do interesujących ją stoisk.
Sefra jako jedno z niewielu miast umiejscowiła stragany na głównej ulicy, nie rynku albo specjalnie przeznaczonym do handlu placu. Z tego powodu za dnia na drodze panował wielki ścisk, trudno się przemieszczało, a łatwo można było paść ofiarą kradzieży. Właściciele stoisk zachwalali ochrypłymi głosami towary, z pewnością frustrując mieszkających w pobliskich kamienicach ludzi. Ariene mimo wszystko uważała, że tak oryginalna forma targowiska miała pewien urok – oczywiście nigdy by nie chciała znosić tego harmidru na co dzień, ale jako przyjezdna syciła oczy rzadko spotykanym widokiem.
Sefra, jako miasto znajdujące się na bezpośrednim szlaku prowadzącym do Elathy, cieszyła się sporą popularnością wśród przejezdnych. Mawiano, że jeśli coś zaginęło, na pewno dało się to odnaleźć na targu Sefry. Ariene słyszała, że podczas letnich pór spotykało się ludzi sprzedających egzotyczne owoce w koszach, sprowadzone prosto ze wschodniego Cyrollie, a niekiedy z Archipelagu Wschodzących Słońc.
— Caleb. — Ariene przystanęła, wyciągając szyję, kiedy dostrzegła ponad przechodzącymi ludźmi stoisko pełne kolorowych tkanin.
Nie usłyszała odpowiedzi, która równie dobrze mogła nie nadejść. Niewiele o to dbając, uniosła rękę, dając Calebowi znać, żeby się zatrzymał. Kilku przechodniów nieczule ją potrąciło.
— Nie odchodź za daleko — rzuciła, nawet nie obejrzawszy się za siebie, i ruszyła do stoiska, z zainteresowaniem przypatrując się oferowanym towarom.
Caleb, westchnąwszy ciężko, odprowadził ją spojrzeniem. Cieszył się, że Ariene nie próbowała go angażować w nie do końca interesujące go zajęcia. Kiedy udawał się na targ z narzeczoną, cały czas musiał odpowiadać na najróżniejsze pytania odnośnie oglądanych rzeczy, doradzać w kwestiach, na których zupełnie się nie znał, i dla jej pogody ducha udawać odpowiedni entuzjazm. Teraz, pozbawiony tego drobnego ciężaru, doskonale czuł się w roli obrażonego, znudzonego chłopca.
Podążył kawałek śladem Ariene, nie chcąc jej stracić z oczu, i przegonił natrętne wspomnienie utraconej miłości, przerzucając spojrzenie na mijających go ludzi. Z powodu nietuzinkowego ubioru łatwiej było mu unikać przypadkowych zderzeń, bo nieznajomi trzymali się ten krok lub dwa dalej, niekiedy posyłając mu podejrzliwe spojrzenia. Nad gwarem dziesiątek głosów niosły się okrzyki kupców, gdzieś nieopodal rozgorzała kłótnia dwóch zdenerwowanych kobiet, a po drugiej stronie ulicy nieśmiałym, nieco piskliwym głosikiem dziewczynka zachęcała do kupna kwiatów. Caleb zawiesił na niej spojrzenie, nie mając nic lepszego do roboty.
Wyglądała na przestraszoną, ale zdeterminowaną. Nie przejmowała się ignorowaniem ze strony przechodniów, dzielnie zbliżała się do każdego, kto mógł nabyć coś z jej zbiorów, zachęcając nieco nerwowo – język plątał się jej razem z nogami, gdy szła za nieznajomymi, którzy próbowali przegonić ją machnięciem ręki. Po każdym niepowodzeniu na moment markotniała, po czym wracała na poprzednie stanowisko i rozpoczynała zmagania na nowo.
— Ej, Caleb, cholero.
Drgnął, wyrywając się z zadumy, i przeniósł pytający wzrok na Ariene.
— Idę trochę dalej — stwierdziła, uśmiechnąwszy się krzywo. — Nie zgubisz się, jeśli nie będę cię pilnować?
— Nie, raczej sobie poradzę — mruknął, nie kryjąc rozbawienia. — Dostałaś to, co chciałaś? — zainteresował się; zauważył, że wróciła z pustymi rękoma.
— Nie. Mieli zbyt kolorowe materiały jak dla ciebie. — Wzruszyła ramionami.
— Słucham?
— Pomyślałam, że jedna koszula bez żadnej dziury i zszyta jednolicie kolorystycznie może ci się przydać — odparła ze złośliwym uśmiechem, poklepała go po ramieniu i skierowała się do innego stoiska po drugiej stronie drogi.
Caleb posłał w ślad za nią pełne gniewu spojrzenie, zanim zerknął na wielokrotnie cerowaną, w kilku miejscach przetartą koszulę. Nie rozumiał, o co Ariene chodziło, jego ubrania miały być funkcjonalne, nie ładne.
— Baby — skwitował pod nosem, wzniósł oczy do nieba i podjął marsz jej śladem.
Uszedł ledwie kilkanaście kroków, kiedy przez monotonny gwar przebił się znajomy, nieco piskliwy głosik. Caleb oderwał wzrok od pleców niknącej w tłumie Ariene i przeniósł spojrzenie na sprzedającą kwiatki dziewczynkę, która teraz doskoczyła do niego.
— Psze pana, kwiatki sprzedaję, proszę, niech weźmie, pachną i ładnie wyglądają — wyrzuciła z siebie w pośpiechu, nie mogąc nadążyć za jego długimi krokami.
Caleb przystanął, czym całkowicie ją zaskoczył. Spojrzała na niego zdezorientowana i przycisnęła koszyczek do piersi.
— Dla pana ślicznej pani może — podsunęła speszona, przestąpiwszy z nogi na nogę.
Caleb uśmiechnął się lekko.
— Śliczna pani nie jest moja — stwierdził. — Ile chcesz za te swoje kwiatki?
Dziewczynka zamrugała, jakby nie wierzyła w to, co usłyszała. Zająknęła się speszona, na jej policzkach pojawiły się rumieńce.
— Miedziaka, psze pana. A takie śliczne, nasze, estrillskie — powtórzyła z nadzieją, nieśmiało podsuwając do niego koszyk.
Caleb przesunął spojrzeniem po ułożonych w środku kwiatach.
— Wezmę dwa. Za siebie i w imieniu pana tej pani — poinformował, uśmiechnął się lekko, po czym sięgnął do skórzanej torby, by wydobyć pieniądze.
— Och. Och! — wykrzyknęła zaaferowana i czym prędzej zabrała się do wyciągania najładniejszych kwiatków.
Z wypiekami na twarzy podała je Calebowi, z przejęcia zacisnąwszy usta. Myśliwy, wysupławszy z sakiewki monetę, przeniósł wzrok na kolorowe płatki.
— Proszę. — Wcisnął w jej dłoń srebrnika, odbierając skromny bukiecik.
— Ale… ale to… — zająknęła się, szeroko otworzywszy oczy.
— Dziękuję. Pójdę ucieszyć przyjaciółkę prezentem — stwierdził, ignorując jej zdumienie, uniósł dłoń i odszedł, zostawiając małą bez wyjaśnień.
Ariene przebyła w tym czasie długą drogę – dotarła do połowy ulicy, gdzie przystanęła przed straganem z jedzeniem. Caleb zawsze poddawał w wątpliwość zasadność kupowania suszonego mięsa przygotowanego przez obcych, ale Ariene odpowiadała mu w niezmienny, za to trafny sposób – zanim ususzyliby to, co on upolował, zastałaby ich prawdopodobnie zima.
— Potrzymaj — poprosiła, ledwie do niej podszedł, i wcisnęła mu w ramiona owinięty w stare szmaty pakunek.
— Oczywiście — mruknął, przenosząc wzrok na rozłożone na drewnie sztuki mięsa.
Oboje w milczeniu oceniali towar – kiedy Ariene popatrzyła na Caleba i lekko skinęła w stronę upatrzonej porcji, on przymrużył z powątpiewaniem oko, ale przytaknął. Nie było sensu wybrzydzać, najlepiej jak najszybciej wyjechać i przestać się martwić zapasami – w podróży Caleb mógł bez trudu dostarczać świeże mięso do pieczenia nad ogniskiem.
— Co ty…? — rzuciła Ariene, przyuważywszy trzymane przez niego kwiaty.
— A to dla ciebie. — Wyciągnął do niej bukiecik, uśmiechając się pod nosem. — Ode mnie i Cadora, poniekąd.
Ariene parsknęła, uniósłszy brew.
— Gorzej ci? — zainteresowała się. — Aż tak bardzo nie chcesz uczestniczyć w zakupach?
— Po prostu je weź, dziecko sprzedawało — zirytował się nieco.
Nigdy nie lubił zbyt ostentacyjnego okazywania sympatii, dlatego reakcja Ariene wyłącznie mu ten niezręczny gest utrudniła.
— Ponury myśliwy i jego dobre serduszko — westchnęła, pokręciła głową, ale przyjęła skromny prezent; uśmiechnęła się z rozbawieniem. — Dzięki. Zapakuje mi pan tego suszonego mięsa? — zwróciła się do sprzedawcy.
Caleb, odetchnąwszy z ulgą, znów przeniósł wzrok na tłum. Przebyli już najgęstszą część targowej ulicy i tutaj dało się złapać głębszy oddech, a przechodnie nie potrącali aż tak często. Z drugiej strony kończyły się również stoiska – prawdopodobnie wielu kupców jeszcze nie dotarło do Sefry na sezon handlowy. Ledwie rozpoczął się miesiąc Kwitnący, prawdziwy ruch pojawiał się w Świergocie Ptaków, gdy powietrze stawało się cieplejsze.
Mimo to nadal było tu tak dużo ludzi, że nie dało się mówić o prywatności. Ariene, wysłuchując zapewnień kupca o tym, jak dobry towar oferował, zainteresowała się także świeżymi serami leżącymi na bocznej części straganu. Nieopodal rozstawiono stoisko z ręcznie robioną biżuterią, gdzie pochylało się kilka rozgadanych kobiet. Skupiła wzrok na jednym z serów.
— Niebywałe — usłyszała pełne zdumienia sapnięcie jednej z kobiet.
Uniosła na nią spojrzenie, mimo że nie zamierzała podsłuchiwać miejscowych plotek.
— Naprawdę, moja droga. — Jej towarzyszka pokiwała głową. — Dwa łby i dwie pary nóg. I wiesz, zdarzało się to nie raz, nie dwa, różne rzeczy bywają. Ale żeby osiem cieląt? Od większości młódek?
Ariene zastygła, wpatrując się w kobiety ze zdumieniem. Od kiedy wróciła do Estrille z Perrianu, od czasu do czasu dochodziły do niej dziwne opowieści – o niespodziewanym uschnięciu całego plonu, mimo że nocą padało, o zaginięciu małego dziecka czy dziwnych tworach hodowlanych jak właśnie dwugłowe cielaki. Nigdy wcześniej podobne zjawiska nie pojawiały się z taką intensywnością.
— Co wy teraz zrobicie? — zmartwiła się, zasłoniwszy usta.
— Na ubój pójdą. Tylko sprawdzić musimy, czy mięso jadalne, psom podsuniemy. Cholera wie, czy ruszą. — Wzruszyła ramionami.
— To wszystko? — odezwał się kupiec, podając Ariene pakunek.
— Co? A, tak. Dziękuję — mruknęła, schowała mieszek z pieniędzmi do torby i zaraz za nim włożyła opakowane w cienki pergamin mięso.
— Co teraz? — spytał Caleb, widząc, że ruszała dalej.
— Nowa manierka. Starą zgubiłam — poinformowała.
— Gdybyś nie była taką bałaganiarą, byłabyś bogatsza — skwitował zgryźliwie.
— Jesteś najlepiej zorganizowanym człowiekiem, jakiego widziałam, a jakoś złotniki nie wysypują ci się z kieszeni — odparowała.
Tutaj Caleb musiał przyznać jej rację. Czego jak czego, ale pieniędzy prawie zawsze mu brakowało, od kiedy odszedł z Funnahu. Od kiedy, swoją drogą, zaręczył się z Vivienne. Teraz liczył, że uda mu się wyjść na prostą – i jak na złość Cador zostawił mu pod opieką jeszcze trudniejszą w obyciu kobietę. Przynajmniej taką, która się samodzielnie utrzymywała.
Ariene kończyła właśnie dyskusję z kupcem, kiedy zbliżył się do nich długonogi mężczyzna. Caleb w pierwszej chwili pomylił go z niezbyt urodziwym dziewczęciem – miał bardzo smukłą, mało męską posturę, ale ledwie podniósł głowę, ukazując twarz, rozwiał wszelkie wątpliwości. Przede wszystkim z powodu zarostu na szczęce. Sięgnął do przewieszonej przez ramię torby, podłapując kontakt wzrokowy z Calebem, który stał do niego przodem.
— Szukam Ariene Tenshi. Dobrze trafiłem?
Caleb bez słowa wskazał odwróconą do niego plecami wiedźmę, jednocześnie szturchając ją w ramię. Ariene westchnęła sfrustrowana, obróciła się, a na widok posłańca na jej twarzy pojawiła się nadzieja.
— Przesyłka do pani — poinformował mężczyzna, uśmiechnął się uprzejmie i wydobył jeden z listów.
Wręczył kopertę milczącej jak kamień Ariene, która przyjrzała się znajomemu pismu. Caleb wcisnął posłańcowi kilka miedziaków za fatygę – pamiętając, że przyjaciółka zawsze go karciła, jeśli tego nie zrobił – i spojrzał na nią wyczekująco, widząc, że już zaczęła otwierać wiadomość.
Oddalili się od stoiska, zmierzając ku wyjściu z tłocznej ulicy. Caleb, idąc wolnym krokiem obok Ariene, bardzo próbował nie zerkać do listu, chociaż zżerała go ciekawość. Liczył, że Cador napisał coś więcej o nowym uczniu, którego miał sprawdzić – Caleba naprawdę ciekawiło, co postanowił. Kiedyś, ładnych parę lat temu, rozmawiali o tym, czy chcieliby w przyszłości przekazać komuś swoje umiejętności. Cador serdecznie wyśmiał ten pomysł, stwierdziwszy, że nie miał czasu na takie zabawy. Wtedy faktycznie był dość zajęty – dostawał sporo krótkoterminowych zleceń i zaznajamiał się z wieloma młodymi kobietami. Caleb zawsze wiedział, że sam pewnego dnia zajmie się kimś, kto zechce zostać porządnym łucznikiem.
— Nie wierzę — parsknęła Ariene, przystanąwszy na uboczu.
— Co zrobił? — mruknął i zatrzymał się przy niej, zawieszając wyczekujące spojrzenie na jej rozjaśnionej szerokim uśmiechem twarzy.
— Zdecydował się go przyjąć — stwierdziła, szczerząc zęby. — Wygląda na to, że spotkamy się we czworo, nie troje.
— Napisał coś więcej? — rzucił zniecierpliwiony.
— Prawdę mówiąc — skwitowała i przechyliła głowę, posławszy Calebowi błyszczące spojrzenie — całkiem sporo.
Caleb zawsze łapał się na tym, że przemiana, która zachodziła w Ariene po otrzymaniu listu od Cadora, go zaskakiwała. Zwykle była złośliwa, trochę zrzędliwa, robiła wszystko, żeby go zdenerwować, ale ledwie dostała do rąk nową wiadomość, stawała się promieniejącym, chodzącym szczęściem.
Ariene odchrząknęła, zawieszając wzrok na tekście, uśmiechnęła się do papieru i zaczęła czytać:
Prawdopodobnie Cię to zaskoczy, mała wiedźmo, ale zdecydowałem się na przyjęcie chłopaka na ucznia. Ma na imię Aidan i od dnia, w którym ze mną został, waham się między rozpaczą a zadowoleniem z podjętej decyzji. Aidan ma złote serce, tylko brakuje mu ogarnięcia. Wszystko go dekoncentruje, przez co treningi stają się męczarnią. Obawiam się, że potrzebuje dyscypliny, której nie umiem mu narzucić, bo i sam przed dyscypliną całe życie uciekałem – z dobrym skutkiem, jak na pewno zauważyłaś.
— Cóż za uroczy eufemizm — skomentował pod nosem Caleb.
Ariene zerknęła na niego uśmiechnięta.
Mimo to cieszę się z jego towarzystwa. Zawsze milej jest otworzyć do kogoś gębę i trochę porozmawiać, nawet jeśli Aidan większość czasu wydaje się speszony. Mam nadzieję, że z biegiem czasu trochę się rozluźni i przestanie zachowywać się, jak gdybym mógł mu odgryźć głowę za najmniejszą pomyłkę – a, powiem Ci szczerze, pomyłek to popełnia sporo. Ilekroć coś zaczyna mu wychodzić, natychmiast się dekoncentruje i następuje mała tragedia. Zastanawiam się, czy nie jest podobnie pechowy, co nasza ulubiona Aithne, ale chyba jednak Silthe trochę go oszczędził – póki dzieje się nie najlepiej, chłopak sobie radzi. Wiesz, zupełnie jakby nie mógł utrzymać koncentracji, kiedy już jest dobrze. Niezwykle to frustrujące.
— Hipokryta — parsknął Caleb.
— Przestań mi przerywać — poprosiła rozbawiona i szturchnęła go w ramię. — A potem mi powiesz, dlaczego hipokryta. — Błysnęła zębami, zanim znów wbiła wzrok w list. — Wydaje mi się, że wytrzyma ze mną – a ja z nim – na tyle długo, byś mogła, razem z Calebem, go poznać. Na dniach będziemy wybierać się w Wasze okolice, zamierzam zatrzymać się w Civrze, więc proponuję to miejsce na docelowe. Jestem bardzo ciekaw, co Caleb powie o Aidanie, zawsze miał oko do ludzi. Ja uważam, że to dobry chłopak i gdyby otrząsnął się ze swoich niedoskonałości oraz problemów, byłby z niego naprawdę porządny obrońca. Czasami jednak zastanawiam się, czy to aby najlepszy wybór – Aidan nadaje się na wojownika, ale zdecydowanie nie radzi sobie z odpowiedzialnością. Gdy kazałem mu przypilnować koni kilka dni temu, w stresie upuścił wodze, mój wałach natychmiast je zerwał, a jego spory ogier spłoszył się i uciekł na drugi koniec łąki. Zmarnowaliśmy spokojnie dwie godziny na złapanie tej bestii.
— Nigdy nie miał ręki do zwierząt — skwitował Caleb, wzdychając ciężko.
— W każdym razie to tyle o Aidanie — mruknęła Ariene. — Potem właściwie list się kończy. Z Sefry mamy blisko do Civry, powinniśmy zjawić się nawet przed Cadorem.
Caleb uśmiechnął się rozbawiony i przyjrzał się jej trochę rozmarzonej minie.
— Musiałbym spojrzeć na mapę, ale raczej masz rację — przyznał. — Aidan brzmi zabawnie. Brzmi tak, jakby Silthe wreszcie postanowił zrównoważyć temu leniowi beztroskie, niegrzeczne życie — dodał, wymownie wzniósłszy oczy do nieba.
Ariene posłała mu uważne spojrzenie, pieczołowicie złożyła list, po czym wsunęła go do torby. Nieco bardziej dokładnie, niż było to konieczne, zamknęła jej wieko.
— Trzeba poczekać, aż chłopaka poznamy. Ale raczej mu nie zazdroszczę nauczyciela, Cador jest strasznie zrzędliwy — skwitowała po namyśle. — Za to nie można mu odmówić pewności siebie, może tutaj dzieciakowi pomoże.
— Albo tylko bardziej go pogrąży — wytknął. — Jeśli się Aidan wystraszy tej zabójczej pewności, zamknie się w sobie i tyle będzie z jego kariery.
— Mam wrażenie, że widzisz świat w ponurych barwach. — Posłała mu rozbawione spojrzenie. — Jestem pewna, że chłopcy sobie ze sobą poradzą… prędzej czy później.
— Zwłaszcza później.
Ariene, wywróciwszy oczami, znów szturchnęła go w ramię, wymownie krzywiąc usta. Caleb nie zareagował na zaczepkę, tylko poprawił lekko zsunięty z ręki pasek torby. Znaleźli się u wyjścia z ulicy targowej, tutaj dało się zauważyć wyjazd z Sefry, od głównego traktu odchodziło wiele bocznych przejść. Caleb pomyślał, że może Ariene postanowiła dokończyć zakupy w bardziej kameralnej części miasta – zachwycony tym pomysłem, postanowił jej nie zagadywać, bojąc się, że mogłaby zmienić zdanie.
Ariene jednak zapomniała o zakupach oraz potrzebie nabycia nowej manierki. Bezmyślnie idąc przed siebie, zadumała się nad nierealnością nadchodzących wydarzeń – tak długo żyła w oczekiwaniu na spotkanie Cadora, że przywykła do napięcia, powtarzającego się prawie każdego dnia zawodu, kiedy uzmysławiała sobie, że nie, jeszcze do nich nie dołączył i nie nastąpi to za szybko. Minęło całe pół roku, od kiedy ostatnim razem go widziała – i nagle nie wiedziała, co myśleć. Uzmysłowiła sobie, że jej tęsknota nie była przecież do końca normalna, przynajmniej nie tak intensywna. Wspominała wszystkich towarzyszy z Perrianu i każdego – może poza Alvarem – w gruncie rzeczy bardzo chciała znowu spotkać. Jednak z Cadorem było inaczej.
Kiedy już to do niej dotarło, ogarnął ją strach. Co zrobi, gdy znów się spotkają? Jak się zachować, co mówić, jak wiele okaże się zmienione w porównaniu do tego, co pozostawili w przeszłości? Jej życie nigdy nie przewidywało powrotów, Ariene zawsze szła przed siebie i ani razu nie musiała się oglądać przez ramię. Wszystko wywróciło się do góry nogami, rzucając ją w nieznane, czy raczej w zapomniane rozterki – zapomniane, bo odczuwane dawno temu, kiedy jej świat był piękny oraz poukładany.
Nie zwracała uwagi na mijających ją ludzi, pogrążona w słodko-gorzkiej zadumie. Jednak w pewnym momencie coś ją tknęło; nie wiedziała, co dokładnie i dlaczego ogarnęło ją dziwne przeczucie, ale po przejściu kilku następnych kroków przystanęła, marszcząc czoło. Caleb uszedł trochę dalej, zanim także się zatrzymał, by popatrzeć na nią ze zdumieniem. Ariene, czując nieznośny ucisk w brzuchu, obróciła się, rzucając zostawionej za plecami ulicy przeciągłe spojrzenie.
Podchwyciła kontakt wzrokowy z inną kobietą, która – podobnie jak ona – stanęła, oglądając się za siebie. Przez jedno albo dwa uderzenia serca nie była pewna, dlaczego przeczucie kazało jej się rozejrzeć, ale wreszcie dotarło do niej, na kogo patrzyła. Wysoka, smukła nieznajoma przypatrująca się jej przeszywającym wzrokiem miała gęste, rude włosy opadające na plecy w łagodnych falach. Twarz, chociaż z tej odległości Ariene nie widziała szczegółów, zwłaszcza że przechodnie co chwila ją przysłaniali, miała ostrzejsze rysy.
— Anabde — wyrzuciła z siebie i, niewiele myśląc, ruszyła ku niej.
Nekromantka także podjęła marsz i obie spotkały się wpół drogi. Ariene, nie do końca wiedząc, jak ją powitać, niezręcznie dotknęła jej ramienia, nie powstrzymując szerokiego uśmiechu na ustach.
— Ariene — odpowiedziała zaskakująco miękko Anabde, przymrużając oczy z niecodziennym dla niej rozczuleniem.
— Niebywałe — skwitowała i pokręciła głową. — Cały wielki Lostar do naszej dyspozycji, a my spotykamy się na targu.
— To dość popularny targ. — Uśmiechnęła się wymownie. — Dobrze widzieć cię całą oraz zdrową, Ariene.
— Ciebie również.
Dopiero teraz zauważyła, że przy Anabde ktoś jeszcze był. W pierwszej chwili pomyślała, że może nekromantka odnalazła Aithne, dlatego spojrzała na dziewczynę z uciskiem w brzuchu – ale kiedy się jej przyjrzała, z całą pewnością orzekła, że zupełnie jej nie znała. Wyglądała na młodą oraz przestraszoną, miała na sobie ciepły sweter, chociaż pogoda wcale nie była nieprzyjemna, spuściła głowę i wbiła wzrok we własne buty. W tym momencie Ariene mogła dostrzec tylko proste brązowe włosy, które opadały na ramiona.
— Och. Wymieniłaś Cadora na niego? — rzuciła Anabde, wyrywając ją z zamyślenia.
Ariene obejrzała się za siebie, gdzie zatrzymał się Caleb. Wyglądał – co ją zaskoczyło – niemal strasznie. Na widok nieznajomych spochmurniał, zmrużył oczy i nieznacznie pochylił głowę, łypał na Anabde mało przychylnie. Już dawno nie stroił takich min w obecności Ariene, dlatego przez moment milczała, wpatrując się w niego.
— Eee, nie — wykrztusiła wreszcie. — To Caleb. Niestety. To znaczy to przyjaciel Cadora — pośpieszyła z wyjaśnieniami, znów spoglądając na Anabde. — Czekamy, aż Cador wróci z rodzinnego domu. Poniekąd.
Anabde skinęła głową i uważnie przyjrzała się Calebowi.
— Anabde Sasare. — Wyciągnęła do niego dłoń.
— Caleb Edarlen. — Uścisnął jej rękę, zerknąwszy na Ariene niemalże z przyganą, czego nie zrozumiała.
— A to jest moja podopieczna, Leanelle — dodała Anabde i postąpiła krok w bok, odsłaniając kulącą się za nią dziewczynę. — Leanelle, to moja dawna towarzyszka, Ariene. — Wskazała uśmiechniętą wiedźmę.
Leanelle skinęła głową, jednak nie uniosła spojrzenia. Nerwowo skubała naciągnięte rękawy swetra, napinając ramiona w irracjonalnym strachu.
— Leanelle — mruknęła z naciskiem Anabde.
— Mi-miło mi poznać — wykrztusiła i błyskawicznie zerknęła na Ariene, jak gdyby bała się nawiązać kontakt wzrokowy.
— Mnie również — odpowiedziała. — Calebowi prawdopodobnie też, ale to małomówna maruda.
Caleb wzniósł oczy do nieba, nie skomentował jednak.
— Może polubią się z Leanelle, ona też dużo marudzi — skwitowała z drobnym rozbawieniem Anabde.
Dziewczyna wzdrygnęła się, ale już milczała.
— Wybierałyście się na targ? — zagadnęła Ariene, odniósłszy wrażenie, że cisza zaczęła się robić niezręczna. — Ja właściwie mam jeszcze trochę do kupienia, mogłabym pójść z wami. Caleb będzie najszczęśliwszy na świecie, jeśli pozwolę mu sobie iść.
— Prawdę mówiąc, z chęcią bym go wykorzystała — stwierdziła Anabde i popatrzyła na niego z zainteresowaniem.
Leanelle posłała jej przerażone spojrzenie, na moment uniósłszy głowę. Ariene zdążyła stwierdzić, że dziewczyna była ładna, chociaż nie wyróżniała się z tłumu. Najbardziej uwagę przykuwały jej oczy – duże, ale, co ciekawsze, o rzadko spotykanym fiołkowym kolorze tęczówek.
— Mnie? — mruknął Caleb.
— Leanelle nie lubi tłumów. Mógłbyś się nią chwilę zająć, póki nie zrobimy z Ariene zakupów? — spytała i delikatnie dotknęła ramienia zdruzgotanej podopiecznej.
— Ale Anabde…! — jęknęła zrozpaczona, robiąc zbolałą minę.
— Wolisz zostać z nim, czy iść między nieuważnych, spoconych ludzi? — mruknęła ostrzej i spojrzała na nią przeszywająco.
Leanelle raz jeszcze się zająknęła, zmarszczyła nos, po czym zwiesiła głowę. Wyglądało na to, że oznaczało to zgodę, bo Anabde uśmiechnęła się zadowolona i skinęła na zdezorientowaną Ariene.
— W takim razie chodźmy — zaproponowała.
Ariene przytaknęła.
— Poradzisz sobie? — zwróciła się do Caleba, zanim ruszyły.
— Pilnowałem cię przez pół roku, myślę, że mnie to nie przerasta — odparł, wymownie unosząc brew.
Ariene skinęła głową, nie zwróciwszy uwagi na uszczypliwość, i w towarzystwie Anabde zawróciła w wylewający się z ulicy targowej tłum. Niedługo potem ani jednej, ani drugiej nie było widać wśród przechodniów.
Caleb odprowadził je spojrzeniem, wypuścił powietrze przez nos i przeniósł wzrok na stojącą nieopodal Leanelle. Zauważył, że od razu się skuliła.
— Przejdźmy może na bok — zaproponował, ruchem brody wskazując ścianę jednego z domów.
Leanelle przytaknęła i podreptała w odpowiednią stronę, uparcie szarpiąc rękawy swetra. Caleb na wszelki wypadek odczekał ze dwa uderzenia serca, zanim sam ruszył, żeby stworzyć większy dystans między sobą oraz nią. Stanęli pod murem, myśliwy oparł się o zimny kamień i zapatrzył się przed siebie. Leanelle prześlizgnęła się po nim spojrzeniem, ostatecznie wbijając wzrok w ziemię.
Caleb nie bardzo wiedział, co zrobić z towarzyszącym mu kłębkiem nerwów. Mimo że ani nie rozmawiali, ani na siebie nie patrzyli, czuł jej napięcie, zupełnie jak gdyby… bała się go. To sprawiło, że czuł się niezręcznie – co prawda wystarczyło tylko cierpliwie poczekać, aż wróci Ariene ze swoją przyjaciółką, żeby uwolnić i siebie, i Leanelle od niewygodnej sytuacji, ale czekające ich minuty zanosiły się na męczarnię.
Jego zadumę przerwało ciche warknięcie. I on, i Leanelle drgnęli, odrywając spojrzenie od punktów, w które się zapatrzyli; ich wzrok na moment się skrzyżował, przez co dziewczyna natychmiast opuściła głowę, obróciwszy ją w przeciwną stronę. Caleb jednak przyjrzał się jej torbie – spod wieka wystawał beżowy, szczerzący kły łebek. Zwierzę kłapnęło paszczą, wysunęło na zewnątrz łapki, a po chwili przysiadło na wierzchu sakwy i owinęło nogi ogonem niczym kot. Świdrujący wzrok wbiło w zaskoczonego Caleba.
— Tostille? — rzucił mimowolnie.
— To Hessan — wyszeptała Leanelle, na tyle cicho, że ledwie ją usłyszał.
— Chodzi mi o gatunek — odparł, zerknąwszy na nią. — Tostille to okropnie głośne jaszczury. Zwykle jednak są zielone. Twój ma tylko lekkie prążki, ale nie ciemnobrązowe jak u większości samców. — Przesunął palcem nad grzbietem zwierzątka, które warknęło gniewnie. — I rzadko bywają agresywne.
— Znasz się na nich? — spytała zdumiona i spojrzała gdzieś w okolice jego nóg.
— Jestem myśliwym, znam się na wielu zwierzętach. To dziwne, że dał się udomowić. Prawdopodobnie przegoniono go z jego rewiru przez odmienne umaszczenie — mruknął bardziej do siebie.
— Znalazłam go w mieście. Rannego. Postanowił ze mną zostać — mruknęła niezbyt głośno i objęła się ramionami.
Hessan zadarł łebek, sięgnął łapkami do jej ręki i, wczepiwszy się pazurkami w sweter, zwinnie wdrapał się aż na barki. Ogon delikatnie owinął wokół szyi i przycupnął tak, żeby dobrze widzieć Caleba.
— Bardzo bojowy — skomentował i sięgnął do zmarszczonego pyszczka, żeby przesunąć palcem po gładkiej skórze.
Hessan tylko warknął, jednak Leanelle drgnęła i odsunęła się tak gwałtownie, że prawie go strąciła. Jaszczur musiał mocniej zacisnąć ogon, bo inaczej zsunąłby się na plecy.
— Przepraszam — wykrztusiła, zaraz zagryzając wargę.
Caleb cofnął rękę, przyjrzał się dziewczynie, po czym znów zawiesił wzrok przed sobą, przypomniawszy sobie, że wywoływał w niej trudny do wyjaśnienia niepokój. Powstrzymał się od wzruszenia ramionami.
— Znając Ariene, zaraz wrócą. Jeśli twoja przyjaciółka ją zagada, natychmiast zapomni, co zamierzała kupić — mruknął, chcąc Leanelle pocieszyć.
— Anabde nie jest moją przyjaciółką — żachnęła się cicho. — Po prostu mi pomaga.
— To już dobry zadatek na przyjaźń.
Leanelle popatrzyła na niego zaskoczona, wzrok zawiesiwszy na wysokości jego ramion. Zaraz opuściła głowę i sięgnęła do łebka zaniepokojonego Hessana. Przesunęła palcami po gładkiej skórze, na co jaszczur zareagował zadowolonym pomrukiem.
Caleb już się nie odezwał, co Leanelle – jak mu się wydawało – przyjęła ze szczerą ulgą. Naprawdę liczył, że Ariene się ulituje i możliwie najszybciej do nich wróci.

— Czyli, na dobrą sprawę, nie rozstałaś się z naszym obrońcą? — zagadnęła Anabde, kiedy zatrzymały się nieopodal stoiska oferującego skórzane wyroby.
Ariene odłożyła obracaną w dłoni manierkę i przeniosła wzrok na towarzyszkę, przez chwilę ważąc w myślach odpowiedź.
— Właściwie to nie — przyznała. — Utrzymujemy kontakt listowny. Ale czasami myślałam o odnalezieniu pozostałych.
Anabde skinęła głową.
— Nie masz wieści o Aithne? — spytała.
— Nie. — Pokręciła głową, sięgając po inny przedmiot, by go obejrzeć. — Prędzej udałoby mi się skontaktować z Sheridanem niż z nią. Ale o nim pewnie wszystko wiesz.
— Niby dlaczego?
Ostry głos Anabde skłonił Ariene, by na nią spojrzeć. Podchwyciła przeszywające spojrzenie, którym wielokrotnie karciła towarzyszy podróży, kiedy tylko czymś ją zirytowali. Nie ugięła się pod naporem tego wzroku, jedynie uniosła brew.
— Nie wiem, może dlatego, że ciągnęliście do siebie jak muchy do miodu? — rzuciła swobodnie, wzruszając ramionami. — Zresztą nieważne, o Aithne niczego nie słyszałam.
Anabde zacisnęła usta, uniosła brodę i zajęła ręce oglądaniem pokrowca na sztylet.
— Zresztą myślałam, że wymieniłaś ją na tę dziewczynę o sarnich oczach — dodała zgryźliwie, wreszcie mogąc się odwdzięczyć za wcześniejszą uszczypliwość.
— Spotkałam ją w Civrze, wygłodzoną oraz przerażoną. Przysiadła się przypadkiem do mojego stolika — odparła, nie podjąwszy wymiany złośliwości. — Nie mogłam jej tak po prostu zostawić. Nie wiem, czy zauważyłaś, ale zupełnie nie radzi sobie w pojedynkę.
Ariene pokiwała głową i wręczyła sprzedawcy manierkę, żeby ją zapakował.
— Czterdzieści srebrników — padła cena.
Wiedźma zajęła się grzebaniem w torbie w poszukiwaniu mieszka.
— Jest bardzo nerwowa — przytaknęła nekromantce. — I zachowuje się dziwnie.
— Wydaje mi się, że spotkało ją coś złego — mruknęła, przypatrując się temu, co robiła Ariene. — Może znęcano się nad nią w domu. Boi się kontaktu fizycznego. Podejrzewam, że krzywda spotkała ją z ręki ojca albo brata, bo panikuje w towarzystwie każdego mężczyzny.
Ariene zerknęła na nią z ukosa, przejmując zapakowaną manierkę.
— Dlatego zostawiłaś ją z Calebem — podsumowała krytycznie.
— Na pewno wolała jednego milczącego faceta niż tłum nieuważnych ludzi, którzy by ją co chwila dotykali — skwitowała chłodniejszym głosem.
— A nie pomyślałaś, że to mógł być gwałt? — Schowała pakunek do torby. — Widziałam wiele zgwałconych kobiet, niektóre zachowywały się podobnie.
Anabde spojrzała na Ariene przeciągle, jakby zastanawiała się, czy zadać pytanie, czy pozostać przy aktualnym temacie rozmowy.
— Pomyślałam. Nie mam jednak pewności, Leanelle nie chce rozmawiać o przeszłości. Zresztą nawet nie pytałam — mruknęła.
— Caleb na pewno nie wystraszy jej bardziej — uznała Ariene, ruszając do kolejnego stoiska. — Czasami wydaje mi się, że zupełnie nie umie się odnaleźć wśród ludzi. To takie dziecko lasu.
— Długo z nim podróżujesz?
— Od pół roku. Od kiedy Cador wyjechał — odparła, odchyliwszy głowę. — W nadchodzących tygodniach mamy się znów spotkać. A wy? — Popatrzyła na nią. — Masz jakieś konkretne plany? Pracę na przykład?
— Będę tu czegoś szukała. Na ten moment najpierw muszę znaleźć cichą karczmę w spokojnej okolicy. Leanelle je tak dużo, że ledwo wystarcza mi pieniędzy na utrzymanie nas obu — skwitowała z drobnym niezadowoleniem.
— Może zatrzymacie się w tej samej co my? — zaproponowała bardziej ożywiona. — Mogłybyśmy w spokoju porozmawiać któregoś wieczoru, a okolica jest przyjemna. Leanelle nie powinna się źle tam czuć.
Anabde przyjrzała się jej. Ariene widziała, że się zastanawiała. Sama nie wiedziała, czy ta propozycja była jakkolwiek wiążąca – w głębi duszy chyba chciała, żeby została z nimi na dłużej. Z drugiej strony nie zamierzała przekonywać jej do zmiany zdania. Ich drogi w końcu już się rozeszły, nic ich razem – poza wspomnieniami – nie trzymało.
— W porządku — mruknęła Anabde. — Zostaniemy z wami na trochę.

2 komentarze:

  1. Nadrobione! Tak to ja lubię - czyste konto, oczekiwanie na nowe rozdziały :D
    W końcu jakieś grupy się połączyły! To dobre wiadomości, wyczuwam też główny wątek na ten tom, czyli te dziwaczne anomalie - to może być coś, szalona drużyna znowu razem, by wspólnie stawić czoła całemu światu, he he :P
    Szkoda mi Elki. Mam nadzieję, że powoli będzie się ogarniać przy tych wariatach :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najbliższa będzie Legenda!
      Anomalie dzieją się już od pierwszej części, tylko nasze przyjemniaczki siedziały w Perrianie, z dala od cywilizacji, i niewiele o tym było.
      Prędzej czy później... :D

      Usuń