piątek, 20 listopada 2015

Rozdział 3.



Okolice Civry, Estrille, 386 rok drugiej ery, Lostar.

Starucha postawiła na stole drewnianą miskę z bulionem i poczłapała do swoich zajęć, zostawiając podopieczną w spokoju. Mimo że kobieta nawet na nią nie spojrzała, Leanelle skuliła się na krześle niczym ranione zwierzę. Odprowadziła opiekunkę wzrokiem, ale nie popatrzyła wyżej niż jej powykręcane starością kolana. Dopiero kiedy z ciężkim stęknięciem zasiadła przy wrzecionie, podejmując przerwaną pracę, dziewczyna drżącą ręką sięgnęła do leżącej obok łyżki.
Odruchowo przetarła ją z brudu, zdrapała paznokciem plamę po sosie ze wczorajszego posiłku, po czym w milczeniu zaczęła jeść. Częściowa cisza w chacie dzwoniła w uszach i nawet terkot wrzeciona niespecjalnie ją zakłócał. Leanelle podskakiwała nerwowo za każdym razem, kiedy starucha zaklęła szpetnie nad swoją pracą. Dziewczyna, zbyt głodna, żeby zwracać na nią uwagę, skupiła się na pałaszowaniu bulionu. Nie dostawała tutaj za dużo do jedzenia, jeden posiłek dziennie to było dla niej za mało. Na szczęście przez ostatnie tygodnie raczej cierpiała na brak apetytu.
Na początku pobytu w sypiącej się chacie żałowała, że zielarka ją znalazła, wycieńczoną oraz rozgorączkowaną tuż na skraju lasu. W tamtym momencie wolała umrzeć – nienawidziła siebie, nienawidziła rodziny, nienawidziła swojego miasteczka. Cierpiała nie tylko fizycznie, ale także psychicznie, bała się spać, by wspomnienia nie wracały do niej w formie koszmarów. Przerażało ją siedzenie samotnie w jakimkolwiek pomieszczeniu, bo miała wrażenie, że zaraz rozlegną się ciężkie kroki, a zza drzwi dobędzie się znienawidzony niski głos wypowiadający schrypnięte „Nelle”.
Teraz, przez tych kilka tygodni, kiedy obrażenia się zagoiły i umysł nieznacznie uspokoił, dojrzała do bycia wdzięczną. Miała mnóstwo czasu na rozmyślania, dzięki czemu zdążyła sobie uświadomić, że chciała żyć. Pomimo że los obszedł się z nią potwornie, natomiast Silthe ani razu się nie zlitował, kiedy w milczeniu błagała, by chociaż pozwolił jej stracić przytomność, nadal pragnęła żyć. Powoli docierało do niej, że dostała szansę – szansę zaczęcia na nowo. Nie musiała mieszkać w rodzinnej wiosce i każdego dnia widzieć twarz swojego oprawcy, bezkarnego oraz okrutnego. Mogła pójść w świat.
Problem stanowił jej strach. Paniczny, instynktowny strach, nad którym nie panowała, który dyktował jej irracjonalne zachowania oraz zmuszał do uciekania. Nie wiedziała, czy kiedykolwiek nauczy się znów żyć tak jak dawniej.
Starucha charknęła głośno, sprawiając, że Leanelle wcisnęła głowę w ramiona, przestraszona tym dźwiękiem. Zerknęła w okolice zielarki, w nerwach naciągając rękawy wysłużonego swetra. Od pewnego czasu ubierała się tak, by żaden skrawek ciała nie był widoczny. Nie chciała ryzykować. Nie daj Silthe – prowokować. Szczerze pragnęła zniknąć, zlać się z otoczeniem i stać się niezauważalną. Nie prosiła chyba o zbyt wiele?
― Dziewucho ― rozległ się skrzekliwy głos opiekunki.
Leanelle znieruchomiała, serce zabiło jej mocniej ze strachu, zanim nad sobą zapanowała. Wiedziała przecież, że kobieta nie zrobiłaby jej krzywdy, że uratowała jej życie, a mimo to reagowała na nią z przerażeniem.
― Tak? ― wykrztusiła cichutko, wzrok wbijając w resztkę bulionu.
― Czas ― poinformowała i podniosła się z zydla z kolejnym głuchym stęknięciem.
Dziewczyna spojrzała ku niej, jednak nie zdobyła się na zajrzenie jej w twarz, a co dopiero prosto w oczy. Siedziała nieruchomo, napięta oraz drżąca, wsłuchując się w świszczący oddech zielarki.
― Zdrowa jesteś ― ciągnęła kobieta, kuśtykając do nadwyrężonych czasem drzwi.
Cała jej chata wyglądała tak, jakby zaraz mogła się zawalić. Stała na podparciu z grubych beli, by wilgoć leśnej ściółki nie przesiąkała przez deski podłogi. Było w niej mało miejsca, bo liczyła sobie jedną izbę na planie koła. Przestrzeń przez lata zagracono najróżniejszymi starymi meblami, z sufitu zwisały zioła, ale także odpadające fragmenty strzechy. Aż dziw, że domek wytrzymał wszelkie wichury, które kiedykolwiek tędy przechodziły.
― Ja… ― zaczęła słabym głosem Leanelle, czując, że ogarniała ją panika.
Nie była gotowa. Nie mogła jeszcze opuścić bezpiecznego azylu. Wrócić do świata. Do ludzi. Do wszystkiego, co prawie ją zabiło. Chciała tu zostać, pomieszkać ze zrzędliwą jędzą kilka miesięcy więcej, zaczekać na ocieplenie, na wiosnę, lato, a nawet jesień.
Starucha w tym czasie dotarła do drzwi. Chwilę szarpała się z zardzewiałą klamką, zanim zdołała ją nacisnąć. Pchnęła płytę, otwierając przejście na oścież, po czym kołyszącym się krokiem zawróciła do stołu, przy którym siedziała Leanelle. Dziewczyna od razu się skuliła, opuszczając głowę, byle nie nawiązać kontaktu wzrokowego.
― Pójdziesz stąd ― poinformowała, zatrzymawszy się przy blacie. ― Dziś. ― Sięgnęła do wiszącej za Leanelle półki, skąd ściągnęła niewielki mieszek. ― Masz.
Dziewczyna zaskoczona spojrzała na podarek, który kobieta niedbale rzuciła tuż przed nią. Ujęła sakiewkę, a czując pod palcami coś twardego, zmarszczyła nos. Chciała zadać pytanie, ale przerażenie zacisnęło się na jej gardle, uniemożliwiając wydobycie głosu.
― Dziesięć srebrników ― stwierdziła starucha. ― Więcej nie będzie. A teraz idź.
Polecenie wydała tak twardym głosem, że spanikowana Leanelle od razu podniosła się z krzesła i, trzymając się bliżej ściany, skierowała się do wyjścia. Serce tłukło jej się dziko w piersi, oddech wiązł w gardle, dłonie zaczęły się pocić, zaciskane na niewielkim mieszku. Natomiast w głowie miała całkowitą pustkę. Nie wiedziała, co zrobi, kiedy przekroczy próg starej, bezpiecznej chaty.
― Płaszcz ― burknęła zielarka, widząc, że zamierzała wyjść dosłownie tak, jak stała.
Leanelle zatrzymała się wpół kroku, nadal wpatrując się w podłogę. Poczekała, aż kobieta przemaszerowała obok niej, a kiedy wróciła z okryciem, odebrała je, uważając, by nawet nie musnąć palcami pomarszczonych dłoni. Narzuciła płaszcz na ramiona, niezdarnie wsuwając ręce w za długie rękawy. Poczuła się bezpieczniej w tak dużym ubraniu, w którym prawie tonęła przez swoją drobną posturę.
Starucha dyszała za jej plecami, czekając, aż opuści chatę. Leanelle ostrożnie zeszła po kilku nadgniłych stopniach i zatrzymała się na pokrytej szronem ściółce leśnej. Spojrzała wielkimi ze strachu oczami na otaczające ją drzewa oraz prześwitujący między pniami skraj zagajnika. Był wieczór, zapadał już mrok, dokoła rozbrzmiewały niepokojące odgłosy. Leanelle odniosła wrażenie, że nie zdoła się ruszyć nawet na krok.
― Prosto idź. Godzina drogi. Civra tam jest ― poinformowała zielarka, nie starając się nawet ukryć niecierpliwości w głosie.
― Dzię-dziękuję ― wykrztusiła, chociaż miała wrażenie, że dziękowała za skazanie jej na śmierć.
Starucha pociągnęła nosem, jej stopy zaszurały na drewnianej podłodze, zdradzając, że wracała do chaty. Leanelle w jednej chwili otrzeźwiała – była taka myśl, która krążyła jej po głowie od dawna, ale bała się zadać pytanie. Jeśli teraz tego nie zrobi, nie zdoła już nigdy, a nie chciała się okrutnie zdziwić za pewien czas. Przecież w takiej sytuacji… Poczuła, że robiło się jej niedobrze ze strachu oraz obrzydzenia.
― Powiedz mi! ― zawołała piskliwym głosem, zanim zielarka wślizgnęła się do ciepłego wnętrza domku.
Szuranie ustało. Leanelle nie miała odwagi obejrzeć się na nią, stała więc nieruchomo ze skulonymi ramionami, zapatrzona w ściółkę.
― Czy ja… czy ja będę mieć… ― zaczęła słabo.
Znowu rozległo się pociągnięcie nosem.
― Teraz nie urodzisz ― poinformowała, sprawiając, że spłynął na nią spokój.
Zaraz jednak uświadomiła sobie coś innego. Panika zmusiła ją, by odwrócić się przodem do opiekunki. Spojrzała w okolice jej szyi.
― Ale czy ja w ogóle… spodziewałam się dziecka? ― spytała przestraszona.
Zielarka przypatrywała się jej świdrującym wzrokiem. Milczała. Leanelle poczuła, że ręce zaczynały jej mocniej drżeć. Nie wiedziała, co myśleć, bała się myśleć. Chciała usłyszeć prawdę. Chciała mieć pewność. Nawet jeśli poczułaby jeszcze większe obrzydzenie do swojego ciała.
I wtedy starucha po prostu zamknęła drzwi, zostawiając przestraszoną dziewczynę samą w pogrążającym się w ciemności lesie. Leanelle wytrzeszczyła oczy, wpatrując się w chatkę z niedowierzaniem. Dokoła niósł się tylko szum liści oraz ostatni ptasi trel przed zapadnięciem nocy.
Mogła zajść w ciążę. Mogła przez kilka tygodni nosić pod sercem owoc przemocy. A zielarka mogła się go pozbyć, mało to było ziół, które pomagały kobietom pragnącym uniknąć potomstwa? Ale też mogła nigdy nie być brzemienna. Mogła być tylko skatowana. I najpewniej nigdy się nie dowie.
Odwróciła się, przeniosła wzrok na skraj lasu, zacisnęła dłoń na trzymanym w garści mieszku. Ruszyła powoli, powłócząc ciężkimi niczym z kamienia nogami, zmierzając ku swojej przyszłości. Rysującej się w bardzo ponurych barwach.
Dziesięć srebrników nie wystarczy nawet na nocleg.

Civra, Estrille, 386 rok drugiej ery, Lostar.

Dotarła do miasta po ciemku, zziębnięta, przerażona i zagubiona jak jeszcze nigdy w życiu. Nie chodziło już nawet o stawienie czoła społeczeństwu, ale zwyczajnie do tej pory nie miała możliwości wyboru. Jej rzeczywistość była poukładana, klarowna, trochę smutna, jednak stabilna. Do kilku tygodni wstecz jedyne, czym się martwiła, to prawdopodobny kandydat na męża. Jako najmłodsza córka rodu niższej szlachty nie mogła liczyć na nic obiecującego. Potem zjawił się jej koszmar i wszystko wywróciło się do góry nogami.
Teraz stanęła na metaforycznych rozdrożach i nie miała pojęcia, dokąd pójść. Nie znała świata. Nie umiała walczyć. Nie umiała handlować. Nie dysponowała żadnymi przydatnymi zdolnościami. Bała się ludzi, a teraz bała się także tego, że za kilka dni zginie brutalną śmiercią i zostanie porzucona gdzieś w zaułku, zapomniana oraz nieważna.
Nie chcąc dopuścić do konfrontacji z przechodniami o tak późnej porze, nawet nie zagłębiała się w szerokie ulice Civry. Ledwie wypatrzyła nieczytelny w tym oświetleniu szyld pierwszej z brzegu karczmy, natychmiast pomknęła do drzwi, kuląc ramiona. Nikt nie zwrócił na nią uwagi, nie poczuła na sobie żadnego spojrzenia, mimo to wstrzymywała od czasu do czasu oddech, opuszczała głowę i przymrużała oczy, by nie było ich prawie widać. Miały niecodzienny fiołkowy kolor, który czasami przykuwał uwagę.
Wślizgnęła się do przybytku, ledwie uchyliwszy drzwi – na szczęście jej chude ciało pozwoliło się przecisnąć w tak wąskiej szparze. Kryjąc się jeszcze bardziej pod obszernym płaszczem, przyjrzała się wnętrzu. W jednej chwili zatrzęsły się pod nią nogi, przez co musiała wesprzeć się ramieniem na kamiennej ścianie. Jej chłód trochę ostudził gorącą falę przerażenia, która zalała Leanelle. Nie spodziewała się ujrzeć aż tylu gości.
Stoliki w większości były pozajmowane. Nad blatami pochylali się przede wszystkim mężczyźni, rozmawiając głośno lub rechocząc, niektórzy grali w kości – od nich dobiegało najwięcej krzyków – lub w karty – a ci pozostawali najbardziej milczący. Dostrzegła kilka kobiet, jednak nie tak wiele jak mężczyzn. Nawet przy ladzie stało tyle osób, że Leanelle od razu straciła ochotę na ciepły posiłek; burczący do tej pory brzuch zamilkł.
Przełknęła ślinę, wahając się między ucieczką oraz pozostaniem na miejscu. Tu było ciepło, względnie bezpieczniej, mogła się wcisnąć w kąt i udawać, że nie istniała. Gdyby wyszła na ulicę… bała się, że padłaby po raz kolejny ofiarą – może napadu, morderstwa, czegokolwiek. Nie umiała zaufać nikomu ani niczemu, zwłaszcza po ciemku, bez żadnej broni. Zadrżała, mocniej naciągając wielkie rękawy płaszcza, po czym zdecydowała. Nieco desperacko ruszyła do jednego z wolnych stolików, dość odległego od środka sali, nie patrząc na nikogo. Wzrok wbijała w podłogę, modląc się do Silthe, żeby nie zwrócono na nią uwagi – nawet pomimo tego, że Silthe niewiele jej los obchodził.
Przycupnęła na samym brzegu krzesła i skuliła się niczym mysz pod miotłą, w napięciu wsłuchując się w gwar głosów. Naprawdę liczyła, że tłum zacznie się przerzedzać. Szybko jednak okazało się, że nie powinna robić sobie nadziei; gości przybywało i niedługo nieznajomi dosłownie ją otaczali, sprawiając, że z trudem oddychała. Błyskawicznie unosiła, a potem opuszczała spojrzenie, czując, jak serce ciężko uderzało w piersi. W jednej chwili stała się zapędzoną w potrzask łanią, która próbowała odgadnąć, z której strony nadejdzie śmiertelny cios.
Wreszcie się przełamała – napięła mięśnie, lekko się podnosząc, by uciec. Nawet jeśli na ulicy wpadnie w tarapaty, przynajmniej będzie w stanie biec. Może pobiegnie przed siebie i nigdy się nie zatrzyma, byle uniknąć kontaktu z ludźmi. Wsparła się dłonią na stoliku i wtedy ujrzała czyjąś rękę, która ułożyła się tuż przy jej. Natychmiast swoją zabrała, przyciskając ją do piersi, i uniosła wzrok na tyle, by rozejrzeć się dokoła.
— Witaj, panienko — rzucił jeden z trzech mężczyzn stojących przy stoliku. — Tyle tu tłoku, a panienka sama? — Wyszczerzył zęby w uśmiechu.
Leanelle cofnęła się gwałtownie i wpadła plecami na ścianę. Zająknęła się, ale z jej piersi nie wydobył się najcichszy nawet dźwięk.
— No już, spokojnie — dodał kompan nieznajomego i zarechotał. — Przecież cię nie zjemy. Chcemy się dosiąść.
Dziewczyna stała niczym sparaliżowana. Ciało odmówiło jej posłuszeństwa, a marzenie o niekończącej się ucieczce legło w gruzach. Nie umiała skonfrontować się z ludźmi, nie umiała skonfrontować się z mężczyznami. Czuła na sobie ich spojrzenie i traciła władzę w mięśniach, jakby już na wstępie godziła się na wszystko, co miało ją spotkać. Za to nienawidziła się teraz najbardziej – za to, że pozwalała sobie być ofiarą.
— Śliczna, co? — mruknął ostatni, przysuwając dla siebie krzesło. — Jak ci na imię?
— Może posiedzisz z nami dłużej? — zaproponował zaraz ten, który odezwał się drugi; znów zarechotał, szturchając pierwszego kompana w żebra.
— Przestań, wystraszysz ją — skarcił go kolega i posłał mu krytyczne spojrzenie.
Leanelle zadrżała, widząc, że kolejny mężczyzna siadał przy jej stole. Rozejrzała się za drogą ucieczki, próbując zmusić się do ruszenia. Mogłaby przebiec obok tamtego krzesła, zakręcić, wzdłuż ściany pomknąć do wyjścia. Szybko, zanim coś się stanie, zanim do niej sięgną, zanim…
Palce jednego z nieznajomych dosłownie musnęły jej rękę, w dodatku przez materiał płaszcza oraz swetra, ale i tak odniosła wrażenie, jakby ktoś przytknął do niej żarzący się pręt. Zdrętwiała na jedno uderzenie serca, by natychmiast rzucić się w tył, tak gwałtownie, że potknęła się o własne nogi i wywróciła, boleśnie uderzając łokciem w inny stół. Siedzący przy nim goście wyrazili oburzenie okrzykami, jednak nie zwróciła na to uwagi.
Zerwała się z podłogi, ignorując pulsujący ból ręki, i skoczyła do długo planowanej ucieczki. Ogarnęło ją tak wielkie przerażenie, że nie mogła oddychać ani racjonalnie myśleć, w oczy zakłuły ją łzy. Wspierając się na ścianach, dotarła do drzwi, odprowadzana zdumionymi spojrzeniami pozostałych gości. Wpadła na płytę, na oślep wymacała klamkę i wreszcie w jej twarz uderzył zimny powiew wiatru, a pierś wypełniła się rześkim powietrzem.
Przeszedłszy kilka kroków na środek ulicy, Leanelle otuliła się płaszczem, zaszczękała zębami i ruszyła przed siebie. Panika stopniowo ją opuszczała, oddech się wyrównywał, oczy przestały napełniać się łzami. Ze zwieszoną głową człapała w górę drogi, samej nie wiedząc, dokąd szła ani czego szukała. Właśnie dlatego nie chciała odchodzić od zielarki. Nie miała celu, nie potrafiła żyć na własną rękę, nikt nigdy jej na to nie przygotował.
Bezwiednie przycisnęła dłoń do biodra, gdzie na skórze ciągnęła się blada, podłużna blizna. Ból pamiętała, jakby wszystko stało się wczoraj – oraz swoje rozpaczliwe gryzienie warg, by nie wydać najcichszego dźwięku. Zagroził jej wtedy, że jeśli choćby piśnie, wyrwie jej język. Westchnęła cicho, czując, jak serce znów przyśpieszało. Oddech ułożył się w powietrzu w bladą mgiełkę.
Zza rogu skrzyżowania wyszła grupa wesoło śpiewających mężczyzn – szli chwiejnym krokiem, zawodząc wniebogłosy, niepomni na późną porę. Leanelle zastygła, po czym, zanim nad sobą zapanowała, zanurkowała między dwie kamienice, uciekając przed nimi. Ruszyła wąskim przejściem, dla otuchy mocno obejmując się ramionami. Z cichym krzykiem uskoczyła, kiedy niespodziewanie jedna ze stert nieczystości poruszyła się i rozsypała ze chrzęstem. Dziewczyna wpadła na mur budynku, przylegając do zimnego kamienia niczym do wybawcy. Wbiła przestraszony wzrok w poruszający się w półmroku kształt, bojąc się nawet oddychać, mimo że coś, czymkolwiek było, nie wyglądało na duże.
Stworzenie, dostrzegłszy jej nogi, zatrzymało się i wspięło na tylne łapki z gniewnym sykiem, rozkładając skrzydła. Leanelle, powoli wyzbywając się strachu, przechyliła głowę, by się mu przyjrzeć. Zwierzę wyglądało na przerażone, ale z bliżej nieznanego powodu nie uciekało. W słabym oświetleniu trudno było ocenić barwę jaszczurowatego ciała czy błyszczących w półmroku skrzydeł.
Zafascynowana niecodziennym spotkaniem przykucnęła, uśmiechając się nieśmiało. Jaszczurka kłapnęła mocną paszczą, nadal szczerząc kły, jednak powoli opuściła skrzydła, którymi próbowała Leanelle przestraszyć. Dopiero wtedy udało się jej dostrzec, że jedno z nich było wygięte pod dziwnym kątem.
— Jesteś ranny? — spytała zmartwiona, smutno wyginając usta.
Stworzenie przysiadło na tylnych łapkach, jego długi, giętki ogon poruszał się niczym u zdenerwowanego kota.
— Pomogę ci — zdecydowała i sięgnęła do skraju płaszcza, żeby oderwać materiał.
Zwierzę cofnęło się, sycząc wściekle. Dziewczyna zastygła, pozwalając mu nabrać pewności siebie, po czym pokazała wąski pasek podartego okrycia. Uśmiechnęła się łagodnie.
— Usztywnię ci skrzydło — mruknęła łagodnie. — No, już. — Wyciągnęła dłoń do przestraszonego jaszczura.
Stworzenie znów kłapnęło paszczą, gotowe podjąć walkę, pionowe źrenice zwęziły się mocno. Kiedy jednak poczuło zapach Leanelle, jego ogon przestał przesuwać się po ziemi, a kły zakryły do tej pory podwinięte wargi. Przyjrzało się dziewczynie z ciekawością, opadło na cztery łapy i niepewnie się zbliżyło.
— Tak właśnie — pochwaliła półgłosem. — Poczekaj… cichutko. Już, spokojnie — mamrotała, ostrożnie przewiązując zranione skrzydło.
Zwierzę trochę się wierciło, powarkując, ale wreszcie wszystko się udało. Leanelle, zapomniawszy na tych kilka chwil o swojej tragicznej sytuacji, uśmiechnęła się zadowolona. Przesunęła palcem po podłużnym łebku jaszczura, wesoło przymrużając oczy.
— Będziesz jak nowy — zapewniła.
Stworzonko znów uniosło się na tylnych łapach, by niespodziewanie wczepić się w rękaw za dużego płaszcza. Dziewczyna pisnęła, ale nie zdążyła zareagować – jaszczurka sprawnie wspięła się po jej ręku i usadowiła się na ramieniu, z delikatnością otoczywszy szyję Leanelle giętkim ogonem.
— Chcesz iść ze mną? — spytała zaskoczona, przechylając głowę.
Jaszczur zajrzał jej w oczy, wydając z siebie cichy, niski pomruk. Dziewczyna znów się uśmiechnęła, śmielej pogładziła łebek zakończony dwoma niezbyt długimi rogami, po czym dźwignęła się z klęczek.
— W porządku. Musimy znaleźć miejsce, w którym coś zjemy. Jesteś głodny? — zagadnęła, ruszając wolnym krokiem ku wyjściu z zaułka.
Jej żołądek, zupełnie jakby odpowiadał na pytanie, zaburczał głośno. Zawstydzona Leanelle przycisnęła dłoń do brzucha. Nie miała pojęcia, gdzie spędzi tę noc, ale jedno wiedziała na pewno – zanim znajdzie schronienie, musiała coś zjeść.

Tym razem była mądrzejsza niż wcześniej. Nie szukała pierwszej z brzegu karczmy, do każdej najpierw zaglądała przez okna, sprawdzając, czy dałaby sobie radę wśród gości. Wieczorna pora sprzyjała – niestety – pijaństwu, a Leanelle szczerze wątpiła, by w lepszych gospodach, mniej zatłoczonych oraz bardziej bezpiecznych, było ją stać choćby na posiłek. Mimo to wolała zaryzykować w ten sposób niż tak, jak zrobiła to wcześniej. Nadal coś ją ściskało w żołądku na samą myśl o tym.
Zwierzątko, które się z nią zabrało, teraz ułożyło się za jej karkiem, łebek kładąc na jednym ramieniu, a zad na drugim. Ogon dalej zaciskało na szyi, by utrzymać się w razie niespodziewanego szarpnięcia. Leanelle nie miała pojęcia, czym ta wyrośnięta, w dodatku latająca jaszczurka była – nigdy nie uczono jej rzeczy, które nie przydałyby się w małżeńskim życiu. Wiedziała trochę o geografii Lostaru, dużo o polityce, kulturze, nieco o historii. Nie znała dzikiej strony ojczyzny i do tej pory sądziła, że nigdy nie będzie jej dane poznać.
Na szczęście szeroki kołnierz płaszcza ukrywał łuskowate ciałko przed wzrokiem mijających dziewczynę przechodniów. Niewiele osób kręciło się po ulicach oświetlanych ledwie migotliwą jasnością sączącą się z okien kamienic. Leanelle dostrzegła latarnie rozstawione wzdłuż ulicy, ale ktoś najwyraźniej zaniedbał obowiązki. Albo zapalano je trochę później, niż by chciała.
W swojej wędrówce dotarła do spokojniejszej dzielnicy – między budynkami nie niosła się żadna odległa pijacka pieśń, na drodze nikogo poza nią nie było. Kamieniczki wydawały się wyższe oraz ładniejsze od frontu, przynajmniej tak oceniła Leanelle. Wcześniej mury pozostawały gładkie, a domostwa wyglądały na bardziej przysadziste, tutaj czuło się więcej elegancji. Nawet powietrze miało lżejszy zapach. Może gdzieś za rogiem znajdowała się karczma, w której dziewczyna mogłaby odpocząć oraz się zagrzać. Temperatura robiła się coraz niższa, na południe wiosna nie wracała tak chętnie.
Wreszcie Leanelle dostrzegła otwierające się drzwi przysadzistego – przynajmniej w porównaniu z otaczającymi go kamienicami – budynku. Już zewnętrze nasuwało na myśl odrobinę luksusu – połączenie drewnianych ścian z wyłożonymi kamieniami fundamentami wyglądało obiecująco. W oknach były nawet okiennice, teraz otwarte, dzięki czemu jasność wylewała się na ulicę. Drzwi uchyliły się ze skrzypnięciem zawiasów, a ze środka wyszedł zgarbiony mężczyzna. Nie zauważył Leanelle, poszedł w swoją stronę. Dziewczyna, niewiele myśląc, doskoczyła do przejścia i wślizgnęła się do środka.
Wewnątrz naprawdę było przytulnie. Ogarnęło ją przyjemne ciepło, uszy wypełnił szmer prowadzonych półgłosami rozmów, przerywany uderzaniem łyżek o dna misek. Leanelle potoczyła dokoła zdumionym spojrzeniem; goście karczmy wyglądali na spokojnych, ledwie garstka popijała piwo, nikt nie zwrócił na nią uwagi. Przy ladzie stały dwie osoby, w tym jedna kobieta, rozmawiając z karczmarzem, dlatego na razie zrezygnowała z zakupienia posiłku. Wypatrzywszy wolny stolik, ruszyła w jego stronę, pocierając zziębnięte ręce. Przysiadła na pustym krześle, skuliła ramiona i odetchnęła z ulgą.
Nawet jeśli nie będzie jej stać na jedzenie czy nocleg, przynajmniej zagrzeje się, nie niepokojona przez nikogo. Pokrzepiona tą myślą, sięgnęła do ogona oplatającego jej szyję; delikatnie pogłaskała pokryte łuskami ciało, na co jaszczur wydał z siebie zadowolony pomruk. Najwyraźniej podobnie jak ona bał się Civry i pragnął znaleźć kogoś, kto go obroni. Szkoda tylko, że Leanelle nie potrafiła obronić nawet samej siebie.
— Jeśli chcesz ze mną zostać, powinieneś dostać imię — zamruczała cicho, obróciwszy głowę na tyle, by spojrzeć na prawe ramię.
Zwierzę uniosło łebek i leniwie uchyliło powieki, ukazując bursztynowe oczy o pionowych źrenicach. Dziewczyna z zainteresowaniem przyjrzała się jaszczurowi teraz, w mocniejszym świetle – miał beżowe łuski, a wyrastające z tyłu głowy rogi były białe. Wyglądał niesamowicie, zupełnie jak z bajki. Leanelle uśmiechnęła się zachwycona i niepewnie pogładziła palcem wąski pyszczek. Stworzonko zamruczało niczym kociak.
— Jesteś uroczy — stwierdziła z rozczuleniem.
— Przepraszam, ale stolik jest zajęty — rozległo się za jej plecami, sprawiając, że cały spokój natychmiast się rozpękł.
Leanelle tak gwałtownie przechyliła się na krześle, że niemal spadła na podłogę. Jaszczur zasyczał zdenerwowany, wbijając ostre pazurki w jej ramiona oraz mocniej zaciskając ogon, byle się nie zsunąć. Dziewczyna, ujrzawszy wysoką kobietę, która przyglądała się jej przeszywającym wzrokiem, na drżących nogach wstała.
— Prze-przepraszam — wyszeptała, opuszczając głowę; jej gęsta grzywka opadła prosto na oczy, ale Leanelle nie potrafiła się tym teraz przejąć.
— W porządku — stwierdziła po krótkim milczeniu nieznajoma.
Miała niski, przyjemny głos, trochę nawet uspokajający, dlatego Leanelle zdołała opanować szybkie bicie serca.
— Jeśli chcesz, możesz siedzieć ze mną. Wyglądasz na zmęczoną — dodała kobieta i nieznacznym gestem zaprosiła ją z powrotem do stołu.
Sama obeszła blat i sięgnęła do leżącej na drugim krześle torby. Leanelle skarciła się za taką nieuwagę, ale z wdzięcznością osunęła się na poprzednie miejsce. Obserwowała, jak smukłe dłonie nieznajomej rozpięły bagaż i wrzuciły do środka brzęczącą sakiewkę. Potem długie palce sprawnie zaciągnęły rzemienie.
Kiedy kobieta zajęła miejsce, dziewczyna spróbowała się jej przyjrzeć ukradkiem. Zerkając na nią i błyskawicznie odwracając wzrok, oceniła, że siedziała w towarzystwie niezwykle pięknej osoby. Nieznajoma miała gładką, nieco bladą cerę, a rysy delikatne, niemalże arystokratyczne – może więc Leanelle spotkała szlachciankę średniej warstwy? Uwagę najbardziej przykuwały jej oczy podkreślone ciemnym makijażem, o rzadko spotykanych, jasnoszarych tęczówkach, prawie srebrnych. Całą tę jasność w wyglądzie dodatkowo podkreślały niedbale, ale z wprawą zaczesane do tyłu, niemalże czerwone, pofalowane włosy. Leanelle nie rozumiała, dlaczego tak piękna kobieta siedziała sama.
— Jak ci na imię? — zagadnęła nieznajoma, kiedy już usadowiła się wygodnie, zdjąwszy torbę na ziemię.
Dziewczyna znieruchomiała, szeroko otworzyła oczy i wbiła wzrok w blat stołu. Jaszczur pod kołnierzem płaszcza poruszył się, jakby wyczuwał jej strach.
— Ja jestem Anabde — dodała kobieta.
— Lea… Leanelle — wykrztusiła, z trudem zwalczywszy strach.
— Ładne imię — skomentowała Anabde, na jej ustach pojawił się zdawkowy uśmiech, który trochę uspokoił dziewczynę.
Niestety, znieruchomiała właściwie w następnej chwili, bo do stolika zbliżył się karczmarz, niosąc posiłek. Leanelle skuliła się w sobie, wciskając głowę w ramiona, i wstrzymała oddech, próbując stać się niewidzialną. Jaszczur spod kołnierza niespodziewanie się wygrzebał i zasyczał ostrzegawczo na mężczyznę, szczerząc kły.
Anabde uniosła brwi, ale kiedy dostrzegła niezadowoloną minę karczmarza, zabębniła palcami w blat stołu, zwracając na siebie uwagę.
— Ona jest ze mną — poinformowała ostrzejszym głosem.
Mężczyzna niechętnie odpuścił i nie wyprosił brudnego gościa na ulicę. Położył talerz przed klientką, obok postawił cynowy kubek, po czym odmaszerował. Anabde odprowadziła go przeszywającym spojrzeniem, zanim znów popatrzyła na drżącą Leanelle.
— W porządku — mruknęła. — Poszedł sobie.
Dziewczyna odetchnęła, niepewnie się prostując. Ponieważ jaszczur dalej wydawał się podenerwowany, pogładziła go po łebku – to ostatecznie go przekonało, by się położyć.
— Ciekawego towarzysza masz — stwierdziła Anabde, upiwszy kilka łyków z kubka.
— Spotkaliśmy się przypadkiem — bąknęła Leanelle, przebiegając wzrokiem po blacie, byle tylko nie patrzeć na nią.
— Jak ma na imię?
Dziewczyna na moment uniosła spojrzenie, zdumiona pytaniem, zaraz jednak znów się skuliła. Przez kilka chwil zastanawiała się, jak odpowiedzieć – w tym czasie Anabde ze spokojem zabrała się do jedzenia.
— Hessan — zdecydowała wreszcie. — To Hessan.
Kobieta skinęła głową.
— Bardzo wojowniczy. — Uniosła kącik ust. — Musi cię lubić.
— Chyba tak — mruknęła zakłopotana i odruchowo pogłaskała jego łebek.
W ciszy, która zapadła, brzuch Leanelle dał o sobie znać. Zaburczał głośno, zawstydzając i tak podenerwowaną dziewczynę; natychmiast otoczyła się ramionami, byle trochę zagłuszyć dźwięk. Anabde jednak to usłyszała.
— Jesteś głodna? — spytała. — Może coś sobie kup?
Leanelle zmartwiona zacisnęła usta, nie potrafiąc powiedzieć, że jej dziesięć srebrników nie starczyłoby nawet na kubek wody. W tak luksusowym przybytku wszystko musiało być drogie.
— Zresztą… — Anabde westchnęła i odłożyła sztućce. — Nie mam dziś apetytu. — Przesunęła talerz w jej stronę.
Leanelle spojrzała na nią zdumiona, w szoku na moment przeniósłszy wzrok na jej twarz. Szybko się zreflektowała i popatrzyła znów w blat.
— Na-naprawdę?
— Jedz. Na zdrowie. Wolę wino. — Znów uniosła kącik ust w mało wylewnym, ledwo widocznym uśmiechu.
Leanelle nie miała siły na próby odmówienia. Była szalenie głodna, dlatego dobre wychowanie musiało odejść w zapomnienie. Ochoczo wzięła się do pałaszowania posiłku ledwie napoczętego przez Anabde. Aromat dobrze doprawionego mięsa zaalarmował nawet Hessana, który leniwie zsunął się po jej ręku, asekurując się ogonem. Dziewczyna bez słowa odkroiła kawałek pieczeni i odsunęła na bok talerza, by mógł się posilić.
— Jesteś sama? — zagadnęła Anabde, kiedy Leanelle uporała się prawie z całą porcją.
Dziewczyna skinęła głową, nie mogąc odpowiedzieć z powodu pełnych ust.
— Masz jakieś konkretne plany? — ciągnęła; gdy zerknęła w jej stronę niepewnie, westchnęła. — Wybacz bezpośredniość. Wyglądasz jak siedem nieszczęść, żywcem wyjęta z zatęchłego zaułka, jesteś wygłodzona i przerażona. Po prostu się zastanawiam.
— Ja… — Przełknęła i odrzuciła niesforną grzywkę z czoła, poczuwszy się pewniej. — Chciałam się tu zagrzać — przyznała. — Nie mam tyle pieniędzy, żeby tu coś zjeść.
— Rozumiem. A gdzie zamierzałaś przenocować?
— …nie wiem — szepnęła, znów się kuląc, gdy uzmysłowiła sobie, jak bardzo po omacku poruszała się po mieście. — Nie myślałam o tym, póki było mi zimno.
— Leanelle, nie chcę być natrętna, ale czy ty masz jakiś dom? — spytała spokojnie, splótłszy dłonie pod brodą. — Wyglądasz na młodą dziewczynę.
— Nie — odparła od razu, z dziwną ulgą, jak gdyby pozbywała się zaropiałego strupa. — Nie mam już domu. Mam Hessana i dziesięć srebrników. — Zacisnęła dłonie na sztućcach w niemym buncie.
Anabde westchnęła. Upiła jeszcze kilka łyków wina, przypatrując się Leanelle w milczeniu. Chociaż jej spojrzenie było przeszywające, dziewczyna powoli się do niego przyzwyczajała. W końcu próbowała jej pomóc… i ją nakarmiła. Nie mogła być złym człowiekiem, skoro ją nakarmiła.
— Jeśli ci to nie przeszkadza, możesz spać w moim pokoju — zaproponowała niespodziewanie.
Leanelle poderwała głowę i zerknęła w okolice ust Anabde, nie kryjąc zdumienia. Hessan wykorzystał jej nieuwagę, by porwać z talerza ostatni kawałek pieczeni.
— A jutro wybieram się w drogę do innego miasta, szukać pracy — ciągnęła niezrażona, patrząc na nią. — Gdybyś była zainteresowana, możesz pojechać ze mną.
— Dla-dlaczego? — wykrztusiła, zszokowana tą bezinteresownością.
Słysząc pytanie, Anabde spochmurniała. Zacisnęła usta, wpatrując się w blat stołu, sięgnęła raz jeszcze po kubek i dopiła wino. Leanelle siedziała nieruchomo, nie zwracając uwagi na Hessana, który zaczął oblizywać jej palce.
— Powiedzmy, że… mam wyrzuty sumienia — mruknęła powoli. — Że kiedyś widziałam podobne spojrzenie, ale nic nie zrobiłam, by temu komuś pomóc. A nie znam powodu, dla którego nie mogłabym się podzielić z tobą pokojem.
— Ale ten wyjazd… — ciągnęła Leanelle, nie wierząc własnym uszom.
— Jeśli chcesz. Nie widzę żadnego problemu — przerwała jej nieco ostrzej. — Nie musisz się zgadzać.
— Zgadzam się — sapnęła od razu, potrząsnąwszy głową, aż jej gęste, ciemnobrązowe włosy podskoczyły. — Nie poradzę sobie sama. Nie chcę zostawać w tym mieście. Wolałabym być… jak najdalej stąd.
Nie wierzyła w swoje szczęście. Nie sądziła, że kogokolwiek byłoby stać na tak miłosierny gest – w dodatku natrafiła na kobietę, silną, na pewno charyzmatyczną, która nie narzekała na biedę i potrafiła zorganizować życie. Leanelle mogłaby się od niej tak wiele nauczyć! Może nawet zdoła znów przystosować się do społeczeństwa, może zacznie radzić sobie sama za kilka miesięcy.
— W porządku. Kiedy skończysz, pójdziemy do pokoju, robi się tłoczno. — Anabde wskazała ruchem brody kolejnych wchodzących gości. — Tylko żeby twoja duża jaszczurka nie traktowała mnie jak wroga — dodała jakby żartobliwie.
— Nie będzie. — Leanelle od razu chwyciła łebek Hessana, przypadkiem zatykając mu pyszczek. — Może nawet postanowi odejść, kiedy zagoi mu się skrzydło.
Prawdę mówiąc, nie wiedziała nawet, czy to samiec, czy samiczka. Jednak wyglądał na samca, dlatego postanowiła zaryzykować i trzymać się swojego wrażenia.
— Rozumiem. W takim razie wszystko ustalone — stwierdziła i uśmiechnęła się lekko, ale widocznie.
Leanelle rozpromieniła się, błądząc spojrzeniem w okolicach twarzy Anabde. Skinęła głową i pochyliła się nad resztką posiłku.
Może zielarka jej nie skrzywdziła tak wczesnym wygonieniem z chaty. Może właśnie zrobiła najlepszą rzecz, jaką mogła, by Leanelle zdołała przetrwać w okrutnym świecie.

4 komentarze:

  1. Prosze panstwa, mamy smoka :D lubie smoki, smoki sa super :D zastanawiam soe co to byla za wioska, ta z ktorej uciekla Lea, czekam na jakas retrospekcje ^^ Anabde w roli dobrej cioci, ciekawe jak bedzie sie rozwijala ich przygoda. Opis sytuacji w pierwszej karczmie bardzo 'zywy', latwy do wizualizacji. Ciekawa jest ta dziewczyna, zagubiona, troche 'dzika', z ludziofobia. Zobaczymy czy sie ucywilizuje :D
    15 dni :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. TO NIE JEST SMOK. D:
      Sama wioska nie odgrywa wielkiej roli - jest wioską - za to, co się tam działo, już jest ważniejsze, hue.
      No, czas trochę rozwinąć profil psychologiczny Anabde, dostatecznie długo irytowała ludzi! Musi się trochę uspołecznić, dżiz.
      Leanelle jest uroczą perełką, ale potrzebuje dużo czasu, żeby poradzić sobie z rzeczywistością. Zobaczymy, jak jej wyjdzie!
      Tydzień. :D

      Usuń
  2. Yay, mamy smoczopodobne stworzenie, więc jestem z miejsca kupiona :D W ogóle podoba mi się, jak przedstawiłaś... będę mówić na nią Elka, tak będzie prościej ;P W każdym razie podoba mi się jej postać, można powiedzieć, że troszkę mam z nią wspólnego ;P W sensie tego niepatrzenia ludziom w oczy i takie tam... Mam tak samo :D
    "Mam tylko Hessan i dziesięć srebrników" - rozwaliło mnie. Tak po prostu. Niby zwykły dialog, ale tak zajebisty! Nie wiem dlaczego, ale chyba najlepszy z całego rozdziału ;P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hessan może nie odegra dużej roli, ale mam nadzieję, że będzie cieszył oko, że tak powiem.
      Możesz też mówić Lea, wydaje mi się, że to dobre zdrobnienie. :D Mam nadzieję, że cierpisz na to z innych powodów. Niemniej miło mi, że ją polubiłaś, jesteś jedną z nielicznych!
      Cieszę się, że umiem rozbawić nawet tam, gdzie wcale nie zamierzałam. :D

      Usuń