wtorek, 20 października 2015

Rozdział 2.



Sefra, Estrille, 386 rok drugiej ery, Lostar.

Dzień był jeszcze młody, kiedy Caleb przeszedł pod niewysokimi, wyszczerbionymi zębem czasu murami miejskimi, wkraczając do Sefry. Słońce wzeszło ledwie półtorej godziny temu, oblewając złocistymi promieniami przygotowane pod siew pola oraz rozległe łąki porośnięte młodą trawą. Szron błyszczał w porannym świetle, a oddech zamieniał się w białe obłoczki. Z oddali dobiegał nieśmiały świergot ptaków, jakby mróz zniechęcał do koncertów.
Tym razem myśliwy wracał z polowania zadowolony. Centralne Estrille, gdzie leżała Sefra, nie było najlepszym miejscem do łowów, dlatego trzy złapane dzisiaj zające stanowiły dobry łup. Caleb, korzystając ze sprzyjającej pogody oraz przyjemnej samotności, zajął się zdobyczami poza granicami miasta, by nie niepokoić mieszkańców krwawą pracą. Mięso zamierzał sprzedać karczmarzowi, u którego się zatrzymał razem ze swoją piękną, ale paskudną z charakteru towarzyszką, skóry natomiast chciał zaoferować jednemu z miejscowych szewców – idealnie nadawały się do wyłożenia butów.
Przekroczywszy umowną granicę terenu miejskiego, jaką stanowiły stare mury, mimowolnie przystanął. Obejrzał się na zaniedbaną fortyfikację, wspominając nauki otrzymane w młodości. Podobno mur wzniesiono wiele setek lat temu, podczas Wojny Regionów, kiedy Estrille, Cyrollie i Funnah pragnęły zdobyć rangę osobnych państw. Wtedy nawet w Perrianie istniało zwykłe życie. Caleb uśmiechnął się do reliktu przeszłości, wygodniej chwycił lniane worki, do których zapakował łupy, i ruszył w górę ulicy.
Jak dziś pamiętał, że jego dziadek upierał się przy błędnej dacie wybudowania murów. Niedoszły wtedy myśliwy, kierując się chłopięcą ciekawością, zdobył księgi historyczne z miejskiej biblioteki rodzinnego miasta w Funnahu, Riollis, w których przeczytał, że zaporę stworzono o wiele wcześniej, niż uważał dziadek. Nie miał jednak serca powiedzieć o tym staremu człowiekowi. Zresztą parę miesięcy później i tak zmarł.
Caleb z irytacją przepędził natrętne wspomnienia, myślami wracając do teraźniejszości. Od kiedy przyłączył się do Ariene, musiał częściej udawać się na polowania – praca kobiety była dość specyficzna, bo wiedźma rzadko zdobywała zlecenia, którymi i tak nigdy się potem nie chwaliła. Myśliwy nie pytał, w końcu to nie jego interes. Ważne, że dostawała za to sporo pieniędzy. Na co dzień jednak to on ich utrzymywał, z godną podziwu cierpliwością udając się na polowania, kiedy tylko sprzyjała temu pogoda.
Dotarłszy pod drzwi karczmy, w której wynajmowali już kolejny z rzędu dzień pokój, obstukał ciężkie buty o ścianę, chcąc pozbyć się błota. Chociaż nad ranem chwytał mróz, przez większość czasu doba była ciepła, ziemia rozmiękała, a spod niej wychylały się młode pędy roślin. Caleb nie uchronił się od ubrudzenia nie tylko glebą, ale również krwią zdobyczy – co tylko mógł, wytarł, ale posoka nie była czymś, czego pozbywało się z łatwością. Na całe szczęście gospodarz przywykł do nieco upiornych porannych widoków. Za pierwszym razem chciał myśliwego wyrzucić za drzwi, grożąc wezwaniem straży, dopóki nie zorientował się, że mężczyzna był jego gościem.
Nacisnął klamkę i wkroczył do ciepłego pomieszczenia, odruchowo rozejrzawszy się po wnętrzu w poszukiwaniu wczesnych klientów. Był sam, jeśli nie liczyć właściciela przybytku – karczmarz w pierwszej chwili zachłysnął się powietrzem, widząc ponurą, szeroką w barkach postać w mało zadbanym ubiorze zbryzganym krwią. Zaraz przyłożył dłoń do piersi na wysokości serca i odetchnął ciężko.
— Dzień dobry — przywitał się Caleb, ruszając w stronę lady.
— Witam, witam — zamruczał mężczyzna, pokręcił głową nad swym nieszczęsnym losem, po czym powrócił do wycierania umytych naczyń, by przygotować je przed nadejściem pierwszych gości. — Udane polowanie?
— Udane. — Myśliwy odłożył na siedzisko jednego z krzeseł lniane torby powoli przeciekające krwią i przeniósł wzrok na rozmówcę.
Od razu dostrzegł pełne dezaprobaty spojrzenie, dlatego czym prędzej ściągnął worki i przytrzymał je w ręku, samemu siadając. Trudno się dziwić gospodarzowi, który nie chciał mieć plam po krwi na podłodze czy meblach.
— Zające. Mogę sprzedać mięso. Świeże, dopiero co wypatroszyłem zwierzynę — zaproponował cichym głosem, nie czując potrzeby, by mówić głośniej.
— Ależ widzę, przyjacielu — mruknął rozbawiony, zaraz jednak odchrząknął. — Ile byś sobie liczył?
— Ja wiem? — Caleb przyjrzał się czystej ladzie. — To spore okazy. Czterdzieści srebrników?
— Zając to częsta zdobycz w tych okolicach — wytknął, polerując ten sam kufel co chwilę temu.
Nie umknęło to uwadze myśliwego – naczynie było już czyste, karczmarz spokojnie mógł je odłożyć. Prawdopodobnie nawet nie zauważył, że skończył pracę, bardzo chcąc sprawiać wrażenie nonszalanckiego. Możliwe, że zależało mu na zbiciu ceny.
— Rozumiem. — Skinął głową, nie dając po sobie poznać, że cokolwiek zauważył. — Trzydzieści.
Dłonie karczmarza na moment zastygły, zaciskając się na kuflu.
— Dwadzieścia pięć.
— To byłby bezcen. Zaręczam, że tak dorodnych zajęcy w tym roku jeszcze nie widziałeś — stwierdził. — Dwadzieścia osiem.
Mężczyzna pokręcił nosem, pod którym zakręcał się cienki wąsik. Myśliwy zastanawiał się już wcześniej, dlaczego gospodarz go nie zgoli – nie stanowił ozdoby i na pewno nie dało się być z niego dumnym, zważając na lichą objętość.
— Stoi — skapitulował wreszcie karczmarz.
Caleb przytaknął i uniósł jeden z dwóch worków. Mężczyzna w tym czasie wygrzebał spod lady wczorajszy utarg, odliczył umówioną sumę, po czym przysunął ją do rozmówcy. Caleb oddał torbę zawierającą mięso oddzielone od skór oraz wnętrzności i skinął głową, brudną dłonią zgarniając zarobek do kieszeni szerokiego, zielonkawego płaszcza.
— Jakieś śniadanie? — zagadnął karczmarz, zanim ruszył do kuchni, by odnieść mięso.
— Zdecydowanie tak. — Myśliwy westchnął na samą myśl o awanturze, jakiej lada moment będzie musiał stawić czoła. — Z gorącą herbatą, jeśli się da.
Mężczyzna skinął głową, uśmiechnął się do Caleba z rozbawieniem, jakby doskonale wiedział, nad czym ubolewał, i skierował się do drzwi za ladą. Myśliwy zsunął się z krzesła, by ruszyć do ulubionego stolika nieopodal schodów prowadzących do pokoi gościnnych. Korzystając z nieobecności gospodarza oraz zawinąwszy drugi worek tak, by w miejscu, gdzie dotknie powierzchni, znajdowała się podwójna warstwa materiału, złożył torbę na ziemi.
Miał jeszcze mnóstwo czasu, zanim będzie budził swoją uciążliwą towarzyszkę. Zawiesił wzrok nieopodal drzwi wejściowych, pogrążając się w zadumie – coraz częściej zastanawiał się, jakim cudem dał się wplątać w tę nienormalną sytuację. Dla jedynego przyjaciela, Cadora, był w stanie zrobić wszystko, ale miał wrażenie, że obrońca osiągnął już szczyt bezczelności. Zostawiać Caleba z impulsywną, wygadaną kobietą o podejrzanej przeszłości, którą rzekomo miał się opiekować, to zdecydowanie brak rozsądku. Zwłaszcza że rzeczona kobieta robiła wszystko, byle uwolnić się od niechcianej opieki.
Niespodziewanie drzwi nieodwiedzanej zwykle o tej porze karczmy stanęły otworem. Caleb, nie poruszywszy się, przez co pozostał niezauważony, obserwował wchodzącego do środka długonogiego młodzieńca. Nie mógł mieć więcej niż dwadzieścia lat, na pociągłej twarzy nadal widać było dziecięce cechy. Nieznajomy od razu skierował się do lady, zaciskając dłoń na wieku podróżnej torby. Myśliwy, z przyzwyczajenia nie wykonując nawet najmniejszego ruchu głową, odprowadził go samym spojrzeniem.
— Halo? — zawołał nieco piskliwym głosem młodzieniec, wychylając się, by sprawdzić, czy nikt nie schował się za ladą.
— Co jest? — warknął karczmarz, z trzaskiem otworzywszy kuchenne drzwi. — O co chodzi o tej porze?
Nieznajomy od razu się rozpromienił. Otworzył bagaż, pogrzebał w nim chwilę, po czym zamachał w powietrzu kopertą. Caleb uniósł brew, teraz już naprawdę zaciekawiony, nadal jednak nie zdradził swojej obecności.
— Wiadomość dostarczam — poinformował zadowolony z siebie młodzieniec. — Do Ariene Tenshi. Powiedziano mi, że ją tu znajdę.
Caleb nigdy nie potrafił wyjść z podziwu nad umiejętnościami posłańców. Czasami zastanawiał się, czy docierali do wyznaczonych osób dzięki magii – sam nie miał pojęcia, jak działała, był pozbawiony szóstego zmysłu, dziadek natomiast szczerze czarów nie znosił. A teraz proszę, mieszkał pod jednym dachem od pół roku z humorzastą wiedźmą.
— Widzisz tu jakąś kobietę? — fuknął karczmarz, wycierając ręce w fartuch, co mogło oznaczać, że właśnie przygotowywał zamówione śniadanie; mówił Calebowi, że kilka dni temu jego żona zachorowała, nic więc dziwnego, że robił to osobiście.
Młodzieniec zająknął się, zaskoczony nieprzyjemną odpowiedzią. Wyraźnie zmieszany wbił wzrok w ladę, próbując wymyślić rozwiązanie niespodziewanego problemu.
— Ja jej przekażę — odezwał się Caleb, a jego mocny głos poniósł się po karczmie niczym grzmot.
Posłaniec podskoczył wystraszony i wytrzeszczył oczy na mężczyznę, którego wcześniej nie zauważył. Widząc jego ubiór, wyraźnie pobladł. Nie wykonał najmniejszego ruchu, by przynieść mu list, dlatego myśliwy podniósł się i sam do niego poszedł.
Bez słowa wyciągnął rękę, domagając się przekazania wiadomości. Posłaniec mimowolnie odsunął list, przypatrując się ciemnym smugom po krwi na dłoniach Caleba. Myśliwy próbował zmyć plamy w napotkanym strumieniu, jednak bez szczotki nie chciały zejść. Musiał się doprowadzić do porządku w pokoju, do którego nie miał jeszcze ochoty iść – zresztą karczmarzowi jego wygląd nie przeszkadzał, a nikt nie spodziewał się posłańca.
— Tak, to jego kobieta, daj mu. — Gospodarz machnął ręką, chcąc jak najszybciej wrócić do przerwanej pracy.
— Nie moja — sprostował tyle, ile uznał za stosowne.
— W porządku — skapitulował młodzieniec i wręczył kopertę myśliwemu. — Nadawcą jest…
— Wiem, kto — przerwał mu Caleb. — Dziękuję — rzucił, zawracając do opuszczonego chwilę temu miejsca.
Posłaniec posłał w ślad za nim mało przychylne spojrzenie – w dobrym guście było wręczyć drobny pieniężny upominek za fatygę, myśliwy jednak z czystym sumieniem uznał, że z kobietą na utrzymaniu nie stać go na tego typu gesty. Zresztą nadawca na pewno odpowiednio opłacił dostarczenie listu.
— Zjawimy się za chwilę na śniadaniu — dodał, słowa kierując do mamroczącego pod nosem karczmarza.
Mężczyzna skinął głową z roztargnieniem i zawrócił do kuchni, zostawiając posłańca samego przy ladzie. Caleb, również nie poświęciwszy mu uwagi, podniósł porzucony pod blatem worek i ruszył w górę schodów. List stanowił bardzo istotną kartę przetargową, która mogła zmienić najbliższe chwile koszmaru w mało przyjemną drzemkę. A przynajmniej na to szczerze liczył, kiedy odnosił torbę do własnego pokoju.
Kilka chwil potem zbliżył się do drzwi prowadzących do sypialni Ariene. Jedno musiał przyznać – chociaż przez większość czasu się kłócili, przez te pół roku zdołali znaleźć wspólny język. Niezmiennie jednak kością niezgody pozostawała pora, w której uważali za stosowne zacząć funkcjonować. Caleb budził się przed świtem rześki oraz wypoczęty, Ariene natomiast najchętniej wylegiwałaby się do południa, udając, że świata poza pokojem nie było.
Niestety do tego dochodziła pewna uciążliwa przypadłość Ariene, między innymi dzięki której Caleb z upodobaniem zaczął wołać na kobietę „podła wiedźma”.
Załomotał do drzwi, nie bawiąc się w subtelności. Kiedy spali w karczmach, nigdy nie wchodził do jej pokoju, traktując to jak jej prywatny azyl, miejsce intymne – i nie miał do niego wstępu ze względów dla niego oczywistych. Może i się polubili, ale nie łączyło ich nic więcej.
— Wynoś się — padło zza płyty wyjątkowo grobowo.
— Ariene, kwiatuszku, słonko już dawno na niebie — rzucił, specjalnie modulując głos tak, by łudząco przypominał ton Cadora.
— Spieprzaj, Caleb.
Myśliwy spochmurniał. Jeszcze do niedawna łapała się na ten żart, żarliwie wierząc, że obrońca lada moment mógł ich odnaleźć tak, jak to obiecał przed ponad sześcioma miesiącami.
— Podła wiedźmo, wyłaź — zmienił taktykę, westchnąwszy ciężko. — Śniadanie już na stole, ja po robocie, zgnijesz pod tym kocem.
— Przynajmniej będę cię miała z głowy! — warknęła, jednak jej głos wydał się bardziej stłumiony; prawdopodobnie schowała twarz w poduszce. — Zgiń, przepadnij!
Caleb mocniej zmarszczył czoło. Wiedział, że zaraz zacznie rzucać wszystkim, co miała pod ręką, byle się go pozbyć. Spróbował ją zajść z jeszcze innej strony.
— Poproszę o gorącą wodę do kąpieli dla ciebie — zaproponował przymilnie, a jego ton stał się łagodniejszy. — Zamówiłem też herbatę. Dziś jest bardzo specjalny dzień.
— Czego ty, kurwa, nie rozumiesz w słowie „wynoś się”?! — krzyknęła zachrypnięta i zaraz zza drzwi rozległ się jej kaszel.
— Pewien głupi obrońca napisał do ciebie list. Nie dostaniesz go, póki nie wstaniesz, jak na grzeczną dziewczynkę przystało — wyciągnął najmocniejszy argument.
Zaległa cisza. Caleb uśmiechnął się pod nosem triumfalnie, w wyobraźni widząc, jak kobieta, obejmując zmaltretowaną poduszkę, gorączkowo kalkulowała, czy powinna mu uwierzyć, czy to kolejny złośliwy żart, który miał ją wywabić z ciepłego łóżka. Myśliwy odczekał stosownie długo, dając jej czas na pozbieranie myśli.
— Jeśli zaraz nie wstaniesz, schowam go do mojej torby i nie zobaczysz… — zaczął.
Urwał gwałtownie, kiedy drzwi w tym właśnie uderzeniu serca niespodziewanie się otworzyły. W progu stała wściekła, rozczochrana kobieta, wbijając rozjuszone spojrzenie w zadowolonego z siebie mężczyznę. Rano zawsze wyglądała bardzo adekwatnie do swojego przezwiska – czarne włosy miała w całkowitym nieładzie, często, tak jak dziś, na rumianym policzku odbijał się materiał poduszki, niebieskie oczy były lekko szkliste, a pełne usta wykrzywione w gniewnym grymasie.
— Dawaj — warknęła i wyrwała Calebowi kopertę, zanim zareagował.
Uśmiechnął się z nieskrywaną kpiną i oparł się ramieniem o framugę, przypatrując się zaaferowanej Ariene. Ani on, ani ona nie zwrócili uwagi na to, w jak skąpym ubiorze go powitała – podróżowali już tak długo razem, że Caleb całkowicie przywykł do jej koszul nocnych, które rano lubiły się zsuwać tu czy tam albo podwijać gdzie indziej. Czasami zastanawiał się, dlaczego Ariene często nosiła ubrania z głębokim dekoltem, skoro miała tak wydatny biust.
— Rozumiem, że kąpieli już nie potrzebujesz? — zagadnął złośliwie.
Wiedźma natychmiast oderwała wzrok od koperty – w którą wpatrywała się bezrefleksyjnie z kiepsko skrywaną radością przez ostatnie chwile – i spojrzała wściekła na Caleba.
— Za dziesięć minut chcę ciepłą wodę — fuknęła i bezczelnie zatrzasnęła mu drzwi przed nosem.
Myśliwy uśmiechnął się szerzej, od niechcenia odepchnął się od framugi i skierował się na schody. Musiał przyznać, że gdyby jego i Ariene drogi się rozeszły, tęskniłby za nią. A zwłaszcza za porannymi złośliwościami.

Zanim Ariene dołączyła do niego przy śniadaniu, posiłek zdążył przestygnąć. Caleb siedział nieruchomo przy ulubionym stole, spoglądając przez okno wychodzące na ulicę, gdzie życie powoli budziło się ze snu, a między budynkami pojawiali się pierwsi przechodnie. Gwar codzienności nie docierał jednak do karczmy, przez co myśliwy czuł się tak, jakby oglądał przedstawienie. Gospodarz dotrzymał mu przez kilka chwil towarzystwa, stojąc za ladą, ale szybko udał się do kuchni, by przygotować część posiłków – goście schodzili się do przybytku w porze obiadowej.
Kiedy Ariene zjawiła się w sali, Caleb leniwie grzebał w jajecznicy pajdą chleba, nie chcąc zabierać się za jedzenie, póki nie było wiedźmy. Na jej widok skinął głową; kobieta zmrużyła groźnie oczy, warknęła pod nosem gniewnie i zasiadła na krześle. Jej sfrustrowana, trochę też naburmuszona mina szczerze go rozbawiła, nie zaryzykował jednak droczenia się.
— Smacznego — pożyczył jej.
— Mhm — burknęła, łypnęła na niego krytycznie, po czym z pełną godnością zajęła się posiłkiem, udając, że nie widziała towarzysza.
Caleb uśmiechnął się pod nosem i wziął z Ariene przykład. Wiedział, że przepadała za jajecznicą, dlatego o poprawę jej humoru się nie martwił. Musiał wytrzymać tych kilkanaście minut kary za wczesną pobudkę, jeśli chciał ze szczegółami usłyszeć o tym, co napisał Cador. Obrońca ewidentnie wychodził z założenia, że wiedźma chętnie dzieliła się z nim wieściami, bo nigdy nie wysłał osobnego listu do przyjaciela.
Oczywiście istniało także inne wytłumaczenie, które szczerze myśliwego bawiło. Człowiek musiałby być ślepy i wyjątkowo mało lotny, żeby nie zauważyć, że oboje lubili się trochę bardziej, niż wymagała tego sytuacja. Znał Cadora długo – prawie całe życie, w końcu razem się wychowywali – i jeszcze nie widział go w takim stanie. Poznał wiele jego fascynacji, przelotnych zauroczeń oraz ognistych kochanek, ale żadna nigdy nie przypominała Ariene. Ani nie była tak przez niego traktowana. Wystarczyło, że raz zobaczył, jak Cador się do niej w listach zwracał – „mała wiedźmo”. Zawierał w tym więcej czułości, niż by chciał, to na pewno.
— Silthe jedyny — mruknął pod nosem, chcąc zachęcić rozdrażnioną kobietę do rozmowy. — Ktoś upuścił do tego całą garść soli.
Ariene podniosła wzrok znad talerza i przyjrzała się myśliwemu, nie kryjąc niechęci.
— Gdybyś przy własnym gotowaniu normalnie przyprawiał jedzenie, nie miałbyś problemu ze stołowaniem się gdziekolwiek — zauważyła opryskliwie.
Caleb przełknął tę mało przyjemną krytykę, zwyczajnie przyzwyczajony do tego argumentu – ilekroć dyskutowali na ten temat, wiedźma bezdusznie przypominała, że w ogóle nie używał żadnych przypraw i jego potraw nie dało się zjeść. Był innego zdania, ale przestał już walczyć o swoje racje.
— Może. — Wzruszył ramionami i przesunął talerz na środek. — Chcesz dojeść?
Ariene zerknęła na jajecznicę, potem na Caleba, jakby się zastanawiała, czy ręka podana na zgodę nie okaże się sprytną pułapką. Ostatecznie jednak uśmiechnęła się lekko i po prostu przełożyła jego porcję na własny talerz.
Myśliwy usiadł wygodniej, cierpliwie czekając, aż Ariene dokończy posiłek. Na zewnątrz zaczynało się kręcić coraz więcej ludzi, za oknem dostrzegł grupkę dzieci z krzykiem biegnącą w głąb ulicy, prawdopodobnie do jednej z dziennych szkółek. Caleb czasami się zastanawiał, jak to było uczyć się w grupie rówieśników o podobnych, zupełnie zwyczajnych umiejętnościach – sam odebrał szkolenie z rąk dziadka. Oraz babci, ona jednak nie wtrącała się do zajęć fizycznych. Jego jedynym przyjacielem od zawsze był Cador.
— Aż tak zależy ci na liście? — rzuciła niespodziewanie Ariene.
Spojrzał na nią zaskoczony; spoglądała na niego z uniesioną brwią, na jej ustach błąkał się złośliwy uśmieszek. Caleb mimowolnie pokręcił głową, czując ulgę, że rozjuszona poranna wiedźma odeszła, a została podła Ariene.
— Aż tak? — powtórzył od niechcenia.
— Robisz wszystko po mojej myśli — wytknęła, odsuwając od siebie pusty talerz. — Co trzeba ci przyznać, całkiem trafnie. Byłbyś dobrym mężem. — Wyszczerzyła zęby.
Myśliwy spochmurniał i wbił ponury wzrok w widoki za oknem. Ariene osunęła się niżej na krześle, zdumiona reakcją, którą wywołała, i zmarszczyła czoło.
— Jeśli powiedziałam coś nie tak… — zaczęła.
— Daj spokój. — Machnął dłonią. — To po prostu… tak się zdarza, że ludziom nie wychodzi — stwierdził oględnie.
Ariene obserwowała go jeszcze przez chwilę, zanim uśmiechnęła się ciepło. Tylko skinęła głową, najwyraźniej zrozumiawszy więcej, niż Caleb powiedział. Był jej wdzięczny, że nie drążyła nadal bolesnego tematu, chociaż od nieszczęścia minął już prawie rok.
— Cador ma nie lada wieści — stwierdziła, zmieniając temat. — Zamierzał udać się prosto do nas, ale odezwał się jego stary druh z, jak się wyraził, obrończego światka.
— Wymienił z imienia? — zainteresował się zdawkowo.
— Nie. Ale pewnie znasz. — Wzruszyła ramionami. — W każdym razie wygląda na to, że Cador dorobi się ucznia.
Caleb nie miał pojęcia, jakim cudem mu się to udało, jednak przy przełykaniu śliny się zakrztusił. Zakaszlał schrypnięty, uderzając pięścią w pierś – a Ariene, zamiast poklepać go po plecach, zaniosła się śmiechem.
— Ja się prawie utopiłam w balii — pocieszyła go wesołym głosem.
— Czytasz listy od mojego przyjaciela w kąpieli? — burknął, odchrząknąwszy mało subtelnie.
— Każde miejsce jest dobre. — Uciekła wzrokiem, jakby zawstydzona, ale Caleb już puścił w niepamięć krótką wymianę uwag.
— Jak to ucznia? — wrócił do poprzedniego tematu.
— Podobno młody chłopak z potencjałem potrzebuje nauczyciela, bo się pogubił na ścieżce obrońcy. Cador nie zna za wielu szczegółów. Sam zobacz — zaproponowała i wydobyła z kieszeni nieco pognieciony list.
Myśliwy skinął głową, biorąc wiadomość do ręki. Ariene często pokazywała mu odpowiedzi Cadora, ale starał się nie czytać fragmentów, które nie były przeznaczone dla jego oczu. Raz zagubił się w akapitach – przyjaciel miał nierówne, w dodatku niechlujne pismo, przez co czasami mieszały mu się linijki przy czytaniu – i natrafił na bardzo ładny, emocjonalny, ale zdecydowanie osobisty i nie przeznaczony dla niego fragment o tęsknocie. Zrezygnował wtedy z dalszej lektury i pośpiesznie oddał list.
Tym razem poszło mu lepiej. Akapit opowiadający o uczniu był chyba największym w całej wiadomości, na samym środku, dlatego łatwo rzucił się w oczy. Caleb tylko dla własnej pewności zerknął na nagłówek, chcąc raz jeszcze utwierdzić się w swoich podejrzeniach.
Mała wiedźmo!, stało jak wół, nie pozostawiając myśliwemu zbyt wielu wątpliwości. Uśmiechnąwszy się pod nosem, skupił się na czytaniu interesującego go fragmentu.
…nie mogłem odmówić pomocy, zwłaszcza że zawdzięczałem mu jeden czy dwa ratunki w krytycznych sytuacjach. Poza tym bardzo mnie zaciekawił – nie spotkałem nigdy wojownika, który przestał wierzyć w swoje umiejętności, a ewidentnie je posiadał. Mam nadzieję, że chłopiec okaże się bystry i chętny do nauki, bo nie zamierzam użerać się z rozpieszczonym dzieciakiem myślącym, że wszystko przyjdzie samo. Zanim uśmiechniesz się złośliwie – Aithne była jak dziecko, ale niekoniecznie rozpieszczone. Poza tym drugi raz nie przystanę na żadną szaloną prośbę jakiegokolwiek maga. Jak nic następnym razem trafiłby mnie szlag, wykorzystałem w Perrianie cały zapas swojego szczęścia.
Caleb, widząc, że list przechodził już w bardziej osobiste tematy, zdecydował się wiadomość oddać. W oczy rzucił mu się jeszcze krótki, acz ciekawy fragment, który mimowolnie odczytał.
Spotkałaś może kogoś z naszej drużyny? Pewnie zabrzmię jak szaleniec, ale… tęsknię za nimi. Kiedy z nimi podróżowałem, modliłem się do Silthe jedynego, żeby ten koszmar już się skończył, a teraz, po pół roku rozłąki, z rozrzewnieniem wspominam wszystko, co spotkało nas w Perrianie. Gdyby udało nam się ich odnaleźć, chyba byłbym szczęśliwy.
— I ty, i Cador ciągle powtarzacie, że tęsknicie za grupą z Elestren — odezwał się, oddając jej list. — To sprawia, że mam ochotę ich poznać.
— Pasowałbyś do tej drużyny — skomentowała i dziwnym trafem nie zabrzmiało to jak komplement. — Ale nie wiem, czy to możliwe, żeby ich odszukać.
Myśliwy skinął głową. Nie widział sensu w dyskutowaniu nad tą sprawą, dlatego powrócił do kwestii tajemniczego ucznia Cadora.
— Jak myślisz, weźmie chłopaka pod opiekę? — mruknął, ruchem brody wskazując list.
— Prawdopodobnie. Chyba że bardzo go zdenerwuje — odparła rozbawiona i uśmiechnęła się nieobecnie do listu. — No nic, czas odpisać.
Caleb uniósł kącik ust, obserwując, jak energicznie wydobyła z torby czysty papier, pióro oraz szczelnie zamknięty inkaust. Strzepnęła okruszki z blatu, po czym, przechyliwszy głowę, przystąpiła do pisania, zupełnie ignorując towarzysza. Myśliwy, nie chcąc jej przeszkadzać, odchylił się na krześle i znów spojrzał w okno.
Przez pierwszy miesiąc złorzeczył Cadorowi za to, że zostawił go z Ariene. Jednak po pewnym czasie dotarło do niego, że przerwanie samotności w tak trudnym dla niego momencie było niczym zbawienie. Podła wiedźma wypełniła mu ciche chwile, sprawiając, że nie zamartwiał się nieszczęściem. Cieszył się, że mógł na niej polegać – nawet jeśli częściej się kłócili, niż rozmawiali. A kiedy dołączy do nich również Cador, prawdopodobnie ogarnie go prawdziwe szczęście.
Uśmiechnął się przyjaźnie do kobiety, która – pochylona nad pisanym listem – zupełnie tego nie zauważyła. Nawet nie zdawała sobie sprawy, że zaczęła być dla Caleba równie ważna co jedyny przyjaciel z dzieciństwa.

Nastar, Estrille, 386 rok drugiej ery, Lostar.

Spóźnił się. I to było wszystko, na czym mógł się teraz skupić. Bo nie powinien się spóźniać w takiej sytuacji! W ogóle nie powinien się spóźniać, to wypadało bardzo nieprofesjonalnie. A na to zdecydowanie nie wolno mu sobie pozwalać.
Cador, maszerując kolejną już ulicą, z frustracją wypatrywał szyldu z nazwą „Pod Dusigroszem”. W tej karczmie umówił się na spotkanie o szóstej po południu, ale gong w miejscowej świątyni wybił dwunaste uderzenie ładnych kilkanaście minut temu. Wszystko przez to, że miasto Nastar stanowiło połączenie wielu wąskich ulic, ciasno postawionych domów oraz niespodziewanych ślepych zaułków. Obrońca stracił rachubę, ile razy tego dnia zabłądził – przybył do Nastaru pierwszy raz w życiu i nie znał jego mapy.
— Przepraszam! — zwrócił się do mijającego go mężczyzny.
Nieznajomy zatrzymał się i posłał Cadorowi ponure spojrzenie.
— Wie szanowny pan, jak trafić do gospody…? — zaczął, przywoławszy na usta możliwie najbardziej uprzejmy uśmiech.
— Do „Dusigrosza” prosto, skręcisz pan w lewo, a potem jeszcze raz. I w ślepym zaułku znajdziesz pan — poinstruował, przerywając rozmówcy.
Obrońca popatrzył na przechodnia, zdumiony tym, że od razu wiedział, o co planował zapytać. Mężczyzna musiał to zauważyć, bo wyszczerzył się w pozbawionym szczerej wesołości uśmiechu.
— Nikt nie może tego pieruństwa znaleźć — wytłumaczył, po czym bez słowa podjął przerwaną przez Cadora wędrówkę.
— No proszę — skomentował pod nosem, odprowadzając nieznajomego spojrzeniem. — Może i ten dzieciak nie trafił.
Zaraz zganił się w duchu za zwlekanie. Czym prędzej skierował się we wskazaną stronę, zastanawiając się jednocześnie, kto wymyślił, że najlepszym miejscem dla karczmy będzie ślepy zaułek. Aczkolwiek musiał przyznać, że cały rozkład Nastaru pozostawiał w jego odczuciu wiele do życzenia – zupełnie jakby wznosili miasto według odmiennych planów i dopiero w finalnej części prac zorientowali się, że nie do końca im to wyszło.
Wreszcie odnalazł „Pod Dusigroszem”. Parę chwil zmarnował, wpatrując się w krzywy szyld z wyrzutem. Westchnął, przeczesał dłonią gęste, jasne włosy i chwycił za klamkę. Jeśli spotkanie okazałoby się tylko stratą czasu, wolał mieć wyświadczanie tej przysługi za sobą – nie mógł tak po prostu odmówić kumplowi, ale szczerze wątpił w to, by chłopak zainteresował go na tyle, żeby uczynić uczniem. Nigdy wcześniej, po prawdzie, nie rozważał uczenia nowego pokolenia obrońców.
Wewnątrz pomieszczenia zebrała się spora grupa ludzi – większość zachowywała się tak swobodnie nie tylko w swoim nielicznym towarzystwie, ale także w odniesieniu do karczmarza, że Cador od razu uznał ich za stałych bywalców. Część, prawdopodobnie niezaznajomiona z tą częścią miasta, wcisnęła się w kąty, próbując w spokoju zjeść posiłek czy się napić. Obrońca śmiało wmaszerował między stoliki, nie niepokojony przez żadnego z gości, i rozejrzał się za kimś, kto pasowałby do opisu, który mu przedstawiono.
Chwilę to zajęło, zanim wypatrzył samotnie siedzącego młodzieńca. W pierwszej chwili chłopak skojarzył mu się z ostatnim podopiecznym – była w nim podobna kruchość, którą widział na początku w Errianie. Pytanie brzmiało, czy okaże się to tak samo pozorne jak w przypadku maga? Nie chcąc marnować więcej czasu na czcze rozmyślania, skierował się ku młodzieńcowi. Nie miał pewności, czy chodziło właśnie o niego, ale nikt z obecnych nie odpowiadał temu, co Cador wcześniej usłyszał.
— De Reul? — rzucił, położywszy dłoń na blacie tuż pod nosem chłopaka, żeby zwrócić na siebie uwagę.
Nieznajomy drgnął, jakby spłoszony, i szybko poderwał głowę. Na jego młodzieńczej twarzy pojawiło się początkowo zdumienie, które powoli ustąpiło miejsca nerwowej niepewności. Uśmiechnął się nieśmiało, niezdarnie dźwigając się z krzesła, żeby podać Cadorowi dłoń.
— Aidan de Reul — przedstawił się dla jasności, podczas gdy obrońca ściskał jego rękę, jak zawsze nie szczędząc siły na powitanie.
Z zadowoleniem zauważył, że uścisk Aidana także był mocny.
— Cador Reamonn. Pewnie o mnie słyszałeś od Bevana — stwierdził, chcąc wymieniem imienia wspólnego znajomego dodać mu otuchy.
— Nie tylko od niego. — Aidan, nadal wyraźnie zakłopotany, usiadł z powrotem, uciekając wzrokiem przed jego spojrzeniem. — Wilk Reamonnów. Chyba nie ma obrońcy, który przynajmniej raz o tobie nie słyszał.
— Nie wyolbrzymiaj — poradził, zajmując przed nim miejsce.
Przyjrzał się Aidanowi uważniej, skrzyżowawszy ręce na torsie. Co pierwsze rzucało mu się w oczy – pomimo tego, że obaj siedzieli – to dziwna szczudłowatość chłopaka. Zupełnie jakby miał za długie ręce w porównaniu do reszty ciała. Nie wyglądał także na zaprawionego wojownika; Bevan mówił, że Aidan dostał już pierwsze zadanie, które co prawda zakończyło się nieszczęściem, ale stanowiło bagaż doświadczeń. Tymczasem Cador miał przed sobą zwyczajnego, niepewnego dzieciaka – o poczochranych czarnych włosach, zaszczutym spojrzeniu błękitnych oczu, zarumienionym z emocji zadartym nosie.
— Ja… to znaczy… przepraszam — wyjąkał i skulił ramiona.
Mężczyzna zmarszczył czoło. Z tego poczciwego chłopaka nie dało się zrobić obrońcy, zupełnie się do tego fachu nie nadawał. Postanowił jednak zabrać się do zadania profesjonalnie i nie oceniać po samym wyglądzie – w końcu w kwestii Erriana się pomylił, może zatem i Aidan by go czymś zaskoczył.
— Dlaczego zdecydowałeś się na tę robotę? — spytał, przechylając głowę. — To życie pełne poświęceń, masz mało czasu dla rodziny, nadstawiasz karku za obcych ludzi.
I zarabiasz dużo pieniędzy, jak w duchu dokończył, ale nie zamierzał podsuwać mu takiego argumentu.
— Zawsze bardzo chciałem zostać obrońcą — przyznał i uśmiechnął się zakłopotany. — Poznałem jednego na zjeździe szlachty w moim rodzinnym domu. Rozmawiałem z nim całą noc, a potem zdecydowałem, że właśnie tym się zajmę. Starałem się.
— I dlaczego wątpisz? — drążył, powoli zaczynając podejrzewać, że miał do czynienia z rozpieszczonym dzieckiem szlachciców.
— Zawiodłem — wyznał z goryczą. — Moja… podopieczna została zabita. — Widząc, że Cador uniósł brew, słysząc zająknięcie, Aidan mocniej się zarumienił. — Była ode mnie dużo starsza, dziwnie tak ją nazywać — wyjaśnił, potarłszy kark.
— Mogę spytać, w jakich okolicznościach? — mruknął; wiedział, że dla obrońcy nieudane zlecenie to zwykle bolesny oraz drażliwy temat, ale musiał poznać prawdę.
Którą potem postara się zweryfikować, co nie powinno być trudne. Bevan zajmował się chłopakiem przez kilka tygodni, jednak z powodu aktualnego zadania nie mógł z nim dłużej pracować – postanowił go przekazać Cadorowi, zaręczając, że dzieciak miał potencjał.
— Ja… to znaczy… — zająknął się, po czym odetchnął głęboko dla uspokojenia. — Eskortowałem panią Nevinę przez Zieloną Dolinę. Była kupcem, chciała załatwić interesy w Klizaarze, nie dopytywałem. I tam… wpadliśmy w zasadzkę — westchnął i na moment zacisnął usta. — Nie byłem jedynym strażnikiem, miała większą obstawę. Ale bandytów i tak było więcej. Starałem się stać cały czas przy niej, nawet nie wiedziałem, co działo się z pozostałymi. Nie jestem pewien, jak to się skończyło, bo… chyba dostałem w potylicę. Straciłem przytomność. Kiedy się obudziłem, nie żyli. Pani Nevina… pani Nevina też.
Cador pokiwał głową, przypatrując się Aidanowi z uwagą. Zauważył na obliczu chłopaka wiele emocji, jakby nadal mocno to przeżywał.
— Ile czasu minęło? — spytał powoli.
— Dwa lata.
— I niczego ze sobą przez dwa lata nie zrobiłeś? — wyrwało mu się; zaraz skarcił się w duchu za nietakt, ale Aidan nie wyglądał na urażonego.
Uśmiechnął się lekko i przeczesał palcami opadającą na czoło grzywkę.
— Pracowałem, tylko nie jako obrońca — stwierdził. — Nie umiałem… to znaczy… jak mogłem pozwolić, by ktoś powierzył mi swoje życie, skoro jestem niekompetentny? — Skrzywił się. — Nie ukrywam, wcześniej się uczyłem, bo ojciec załatwiał mi nauczycieli. Ale nie utrzymuję z rodziną kontaktu, musiałem najpierw utrzymać siebie.
Cador zmarszczył czoło, milknąc na dłuższą chwilę. Bevan miał rację – w chłopaku było coś, co nie pozwalało go tak do końca skreślić. Wydawał się niepewny, słaby oraz wycofany, a obrońcy nie powinni sprawiać takiego wrażenia. Jednak dzieciak potrafił sobie poradzić bez wsparcia rodziny, chociaż jako młody szlachcic, nawet jeśli najniższej warstwy, z pewnością żył w dostatku. Nie błagał ojca o pieniądze ani wsparcie. Próbował coś zrobić. Tylko że sama dobra wola nie wystarczy.
— Nie jestem pewien, czy warto się za ciebie brać — oświadczył niedbale, ukradkiem obserwując jego reakcję. — Nie wydaje mi się, by zależało ci na bronieniu innych.
Nie czekał na odpowiedź. Ignorując zdumienie malujące się na twarzy Aidana, wstał, z szuraniem odsuwając krzesło. Miał już się odwrócić i skierować do wyjścia, czując mieszaninę goryczy porażki oraz ponurej satysfakcji, że się nie pomylił przy pierwszym osądzie – nie zdołał jednak.
Chłopak zerwał się z miejsca, zanim Cador postąpił krok ku drzwiom, i chwycił go za łokieć, przytrzymując. Mężczyzna obejrzał się na niego, w uprzejmym zainteresowaniu unosząc brew. Z rosnącą ciekawością obserwował blask determinacji, który pojawił się w jasnych oczach.
— Nie zostałem obrońcą z kaprysu — rzucił twardym głosem Aidan, po raz pierwszy podczas tej rozmowy zainicjowawszy kontakt wzrokowy. — To było marzenie, owszem. Ale rozsądny człowiek rezygnuje z marzeń, jeśli może nimi skrzywdzić.
Cador stanął do niego przodem, nadal milcząc.
— Nie śmiem prosić, by to Wilk Reamonnów mnie uczył. — Uśmiechnął się blado, zwalniając uścisk. — Po prostu… proszę o szansę. Bez pomocy nie zdołam znaleźć nauczyciela. Rozumiem, że nie możesz troszczyć się o każdego dzieciaka, który postanowi zostać obrońcą, ale… mogę próbować coś osiągnąć.
— Ile masz lat? — spytał nadal obojętnym głosem Cador.
— Dwadzieścia trzy.
Obrońca mimowolnie uniósł brwi, nie potrafiąc ukryć zdumienia. Aidan wyglądał na młodszego co najmniej o cztery lata.
— Dużo podróżuję — zaczął, otrząsnąwszy się. — Aktualnie nie podjąłem się żadnej pracy ze względów… osobistych. Możliwe, że nie ulegnie to zmianie. — Zignorował zdumienie malujące się na jego twarzy. — Ale nadal umiem walczyć i znam się na naszym fachu. Jeśli naprawdę ci zależy, jutro rano, koło siódmej, przyjdź do stajni przy bramie.
Aidan spojrzał na Cadora tak, jakby ujrzał go pierwszy raz w życiu. Utrzymanie na twarzy powagi kosztowało obrońcę naprawdę dużo, zdołał się jednak nie ugiąć pod naporem rozbawienia. Skinął mu głową i skierował się ku drzwiom.
— Dziękuję! — usłyszał za plecami tchnięte w pośpiechu.
Dopiero kiedy znalazł się w ponurym zaułku, a wejście do „Dusigrosza” się za nim zatrzasnęło, pozwolił sobie na szeroki uśmiech. Pogwizdując pod nosem, ruszył w drogę powrotną do karczmy, w której sam się zatrzymał.
Aidan miał potencjał. O ile wyłuskać go ze skorupy niepewności oraz przerażenia.

2 komentarze:

  1. Nadrabiania ciąg dalszy! Muszę przyznać, że trochę liczyłam na to, że już się "połączą" w większą grupę, ale z drugiej strony lepiej, że jeszcze nas przetrzymujesz w niepewności ;P Ach, brakowało mi ich, naprawdę brakowało!

    OdpowiedzUsuń