niedziela, 20 września 2015

Rozdział 1.



Esmarna, Estrille, 386 rok drugiej ery, Lostar.

Trzeci dzień z rzędu padało. Nie był to ulewny deszcz, ale nieprzerwany. W dodatku przenikliwe, zimne powietrze północnego Estrille wzmacniało wrażenie dojmującego chłodu. Trudno się zresztą dziwić – zima, chociaż tego roku łagodna, dopiero odchodziła w zapomnienie. Śnieg już dawno stopniał, jednak niska temperatura nadal się utrzymywała, jeszcze bardziej uprzykrzając wędrówki między miastami. Miesiąc Pierwszych Roztopów w tej części regionu albo do ostatnich dni trzymał w szponach trzaskającego mrozu, albo przygnębiał zimną pluchą oraz szarym krajobrazem.
Errian postawił kołnierz płaszcza, czując chłodne krople ściekające z mokrych włosów prosto na kark. Powstrzymując dreszcze, szczelniej otulił się podróżnym odzieniem, chociaż niewiele mogło to dać – materiał tak długo nasiąkał lejącym się z nieba deszczem, że zaczął przesiąkać. Na szczęście widać już było cel wędrówki, toteż młody mag wytrwale pocieszał się myślą o dachu nad głową oraz ciepłym posiłku. Przez porywisty wiatr dłonie zgrabiały mu tak bardzo, że nie mógł utrzymać wodzy. Rzucił rzemienie na szyję wierzchowca i wcisnął ręce pod pachy, kuląc się w siodle.
— I na co nam przyszło, Koral — westchnął w przestrzeń, ponuro łypnąwszy na miasto, do którego równym stępem się zbliżali.
Ogier nie zareagował na narzekanie jeźdźca – Errian w duchu przyznał mu rację. Nikt nie lubił marudzących maminsynków, a w takiego powoli się zamieniał. Kto jednak nie zacząłby postrzegać świata w szarych barwach po spędzeniu całej zimy w podróży? Nie chciał nawet myśleć, jak bardzo by przemarzł, gdyby przyszło mu zwiedzać południe Lostaru, sam najzimniejszy Funnah. Tam nieważne, czy panowała zima, czy środek lata, w każdej chwili mógł spaść śnieg.
Wiatr poza kolejnymi zimnymi kroplami deszczu przyniósł ze sobą także gryzący zapach ścieków. W wielu miastach walka z nieczystościami nadal nie została rozstrzygnięta – w ładną pogodę wygrywały władze, w brzydką nieczystości. Esmarna nie należała do wyjątków, Errian miał jednak szczerą nadzieję, że bliżej centrum smród był bardziej znośny. Uśmiechnął się pod nosem, rozbawiony myślą, która się mu nasunęła; zapach powinien być jego ostatnim zmartwieniem, a mimo to przejmował się tym z zaangażowaniem godnym nie wydziedziczonego szlachcica.
Prawdę mówiąc, do tej pory nie wiedział, czy miał jeszcze prawa do nazwiska rodowego, czy już nie. Nie odnalazł go żaden posłaniec, rodzina nie kontaktowała się z oczywistych względów – ojciec na pewno nie chciał pamiętać o wyrodnym synu, matka robiła to, co kazał jej mąż. Sam Errian nie zamierzał się fatygować; z całego tego szlachectwa jedyną korzyścią, o ile można to tak nazwać, było właśnie nazwisko. Nie otrzymywał dodatkowych pieniędzy, a na ulicy mógł dostać w zęby jak każdy przechodzień. Teraz już mu nawet nie zależało na nazwisku.
Kopyta Korala zastukały na bruku, który poprzedzał otwierającą się przed nimi ulicę. Errian poruszył się w siodle, na moment wyciągając szyję, by spróbować coś dojrzeć wśród bezlitośnie zacinających kropli. Kamienice stały w równym rzędzie wzdłuż drogi, jednak dokoła młodzieniec nie dostrzegł żywej duszy. Wszyscy rozsądni pochowali się do domów, by uniknąć ziąbu. Tylko on jeden, jak ostatnia fajtłapa, tarabanił się przez ulice, szukając stajni miejskiej. Gdzieś musiała przecież być.
— Ale jestem głodny — poskarżył się cicho, skręcając wierzchowca w węższą alejkę, która prowadziła po skosie w głąb Esmarny.
Ogier parsknął i Errian przez chwilę zastanawiał się, czy powinien uznać to za wyraz dezaprobaty, czy udać, że niczego nie słyszał. Ostatecznie uśmiechnął się i pogładził mokrą szyję konia, wbrew sobie wspominając osobę, przez którą nabrał nawyku mówienia do wierzchowca.
Nigdy nie spotkał tak jaskrawej osobowości jak Aithne. Wiedział też, że nigdy więcej najprawdopodobniej nie spotka – chyba że zdoła ją odnaleźć. Miał na to całe życie i tylko jeden olbrzymi Lostar do zjechania wzdłuż oraz wszerz. Dla osób postronnych taki plan był nie tyle głupi, co szalony, ale Errian nie widział innego rozwiązania. Każdy doradziłby mu, żeby o niej zapomniał, wrócił do codzienności i przestał się zachowywać, jakby postradał zmysły, jednak… nie potrafił. Co i rusz łapał się na tym, że przypominał sobie twarz Aithne, jej śmieszne miny strojone do towarzyszy, przestraszone spojrzenie skrzywdzonego dziecka, dłonie o smukłych palcach, urocze piegi na nosie.
Musiał ją znaleźć. Albo zmarnować życie, próbując to zrobić.
— O, no i jest — odetchnął zadowolony, kiedy wyjechali spomiędzy budynków, a ich oczom ukazała się przysadzista, kryta strzechą stajnia zaraz na skraju miasteczka.
Nad uchylonymi wrotami kołysała się lampa olejna, jej słabe światło migotało wśród kropli deszczu, wskazując drogę. Przybytek nie wyglądał zachęcająco, ale równie marnie prezentowały się pieniądze w sakiewce Erriana – dlatego ani pan, ani jego koń nie mogli wybrzydzać.
Pod stajnią młody mag zsunął się z grzbietu Korala. Ledwie wylądował na ziemi, przez skostniałe stopy przebiegł nieprzyjemny prąd bólu, od którego musiał wesprzeć się na szyi wierzchowca. Syknął przez zęby, wymamrotał przekleństwo i wymacał wodze pod mokrą grzywą. Poszedł przodem, by otworzyć drewniane drzwi, a zwierzę poczłapało jego śladem, zwiesiwszy łeb.
Wkroczyli w stajenny półmrok, witani cichym rżeniem jednego z trzymanych tu koni. Pozostałe zignorowały przybyszów, skubiąc rzucone im na noc siano. Errian musiał przebyć cały korytarz, aż do stróżówki dyżurnego stajennego, by zwrócić na siebie uwagę – udało się to i tak dopiero po energicznym załomotaniu w drzwi.
— Chwila! Nie pali się! — warknął zza płyty gardłowy, pełen niezadowolenia głos.
Młody mag westchnął tylko i odszukał dłonią łeb wiernie czekającego u jego boku Korala. Pogłaskał czarny niczym noc pysk, zerknąwszy w mądre, poczciwe oczy. Zanim jednak skomentował zaistniałą sytuację, drzwi stanęły otworem, a w progu pojawił się podciągający luźne w pasie spodnie mężczyzna.
— Ta? — rzucił mało sympatycznie, mierząc Erriana krytycznym spojrzeniem.
— Chcę wynająć boks — poinformował spokojnie i posłał nieznajomemu uprzejmy, całkiem przyjazny uśmiech.
— Co pan nie powiesz. — Stajenny splunął na kamienie, którymi wyłożono podłogę korytarza, i zmrużył oczy. — Ile?
— Słucham? — mruknął skonsternowany.
— Dni ile, się pytam — parsknął zirytowany, wzniósłszy wzrok ku stropowi, jakby przyszło mu rozmawiać z wyjątkowym półgłówkiem.
— Dwa — zdecydował po krótkim zawahaniu, sięgając do pasa, gdzie miał przytroczoną sakiewkę z pieniędzmi.
Zwykle układał prosty plan działania – w ciągu kilku dni sprawdzał najbardziej podejrzane dzielnice oraz niezbyt renomowane karczmy, a gdy nie uzyskiwał żadnych wieści o rudowłosej awanturniczce gadającej do konia, po prostu wyjeżdżał, zmierzając coraz dalej na północ. Na razie nie dopracował tego systemu, chociaż wiedział, że zbliżał się dzień, w którym powinien to zrobić. Miał wrażenie, że tylko bardziej się od Aithne oddalał – nie mógł jednak ufać zwykłym przeczuciom.
— Czterdzieści srebrnych — rzucił stajenny i wyciągnął dłoń po zapłatę.
— Czterdzieści srebrników?! — powtórzył zszokowany, w jednej chwili zamierając podczas prób odsupłania sakiewki od pasa.
— Głuchy jest, a? — burknął. — Czterdzieści, toć mówię.
Errian przełknął chęć skomentowania tej porażającej uprzejmości, uśmiechnął się grzecznie i z ciężkim sercem odliczył wymaganą kwotę. Był to rozbój w biały dzień, ale Esmarna nie należała do największych miast Estrille, nie miał zatem co próbować straszyć konkurencją, do której by się udał. Złamane serce wykończy nie tylko jego nerwy, również zawartość sakiewki.
— Proszę — mruknął, podając stajennemu cztery monety. — Gdzie mogę go wstawić? — Wskazał ruchem głowy na czekającego cierpliwie Korala.
— Gdzie wolne — poinformował niedbale, zatrząsł zaciśniętą w pięść dłonią, ciesząc się brzdękiem monet, i zawrócił do stróżówki.
Drzwi zamknęły się z trzaskiem, zanim Errian zdążył zadać jakiekolwiek pytanie. Zacisnął niezadowolony usta, spojrzał umęczonym wzrokiem na obojętnego Korala, po czym rozejrzał się po pobliskich boksach. Wypatrzywszy niezajęty, w dodatku obok innego konia, skierował się w tamtą stronę. Sprawnie wierzchowca rozsiodłał, wpuścił do tymczasowego lokum i bezradnie popatrzył na sprzęt, z którym został. Wyglądało jednak na to, że stajnia nie oferowała dodatkowego pomieszczenia na rząd – wszyscy dobytek zostawili przy boksach. Errian, z ciężkim sercem oraz przeczuciem, iż kiedy tu wróci, niczego nie zastanie, zrobił to samo. Nie miał zamiaru maszerować przez całe miasto z siodłem i ogłowiem pod pachą.
Wyciągnął rękę, żeby pogłaskać Korala, ogier jednak nie zwrócił na właściciela uwagi. Trochę tym zignorowaniem zraniony, Errian skierował się do wyjścia. Musiał jeszcze trafić do odpowiednio podłej, podejrzanej karczmy, zebrać informacje, a potem poszukać miejsca, w którym dałoby się spędzić noc. Zwykle nie sypiał tam, gdzie zadawał pytania, bo obdarzano go podejrzliwymi spojrzeniami. Wolał nie ryzykować.
Wychodząc ze stajni, usłyszał nieśmiałe rżenie. Przez kilka chwil myślał, że to jego niewdzięczny koń się zreflektował i postanowił się pożegnać, ale kiedy odwrócił się przodem do korytarza, ujrzał tylko jednego wierzchowca wyglądającego nad drzwiczkami boksu. Zawahał się, jednak pod ostrzałem czarnych ślepi ostatecznie skapitulował – zbliżył się do zwierzęcia i pogłaskał jego smukły, miękki pysk.
— Ale ty jesteś wysoki — skomentował pod nosem, zajrzawszy do boksu. — A jaki ładny — dodał, przyjrzawszy się ciemnobrązowemu łbowi zdobionemu białą strzałką.
Zmarszczył czoło, walcząc z wrażeniem, jakby skądś znał to zwierzę – ono natomiast jego. Pieszczotliwie skubnęło rękaw przemoczonego płaszcza, nastawiwszy uszy. Obserwując konia, Errian zastanowił się, czy nie odnalazłby wśród boksów Faryale. Z drugiej strony ceny były wysokie – Aithne wolałaby puścić klacz samopas poza miastem, skąd ta na pewno by się nie ruszyła, niż przepłacać. Jej siwy wierzchowiec stanowił zagadkę, której nikt jeszcze nie rozwiązał, z samą dziewczyną na czele. Młody mag po dziś dzień wahał się, czy wierzył w rozmowy ze zwierzęciem, czy jednak to Aithne była szalona.
Chociaż sam przed chwilą obalił swój pomysł, odwrócił się od boksu i potoczył spojrzeniem po korytarzu, szukając w półmroku smugi śnieżnobiałej sierści. Jedynym źródłem światła wewnątrz budynku była druga lampa olejna wisząca nad wejściem do stróżówki, toteż niewiele dało się zobaczyć.
— Faryale? — rzucił ściszonym głosem.
Zaraz potem zastygł, nasłuchując żywiołowej reakcji, rżenia albo znaczącego parsknięcia. Nic takiego się nie rozległo. Tylko stojący za jego plecami koń szturchnął go w ramię, domagając się pieszczot. Errian od niechcenia pogładził miękki pysk.
— Trudno. Na razie — zwrócił się do zwierzęcia, uśmiechnął się smutno i ruszył do drzwi, już się nie oglądając.
Na zewnątrz powitała go jeszcze intensywniejsza ulewa oraz silniejszy wiatr. Westchnął ciężko, ponownie zadarł kołnierz płaszcza, by chronić szyję, upchnął ręce w kieszeniach i podążył w dół ulicy.

Karczma nosiła mało zachęcającą nazwę „Pod Topielcem”, którą zawdzięczała jeszcze mniej przyjemnemu umiejscowieniu. Znajdowała się w obskurnej dzielnicy przytulonej do Esmarny od północno-zachodniej strony, tuż przy miejskich ściekach prowadzonych kanałami do miejscowych bagien. Zwykle o tej porze roku byłyby zamarznięte, ale wzrost temperatury oraz ulewne deszcze uwolniły mętną wodę spod lodu, smród natomiast unosił się w powietrzu bez względu na to, czy wiało.
W tym momencie Errian już tak bardzo przemókł – oraz tak bardzo zgłodniał – że okolica, wrażenia węchowe czy estetyczne nie robiły na nim wrażenia. Z przyzwyczajenia tupnął kilka razy przed progiem, żeby pozbyć się błota z butów, i dopiero wtedy nacisnął klamkę. Przez uchylone drzwi buchnęło ciepłe powietrze – smród ścieków wymieszał się z odorem taniego tytoniu oraz słodkawych alkoholi, tworząc mdlącą mieszankę. Młodzieniec wbrew sobie się skrzywił, wchodząc do środka.
Zwróciło się na niego parę spojrzeń, w większości zainteresowały się nim kobiety; niektóre wyglądały, jakby dopiero co wróciły z płatnego morderstwa, inne nie miały na sobie wielu ubrań. Mężczyźni go zignorowali, zbyt pochłonięci piciem czy grą w kości. Errian odetchnął z ulgą – jeśli z czymś sobie nie radził, to właśnie z zachowaniem twarzy w tak oryginalnym towarzystwie. Strząsnął z nieszczęsnego płaszcza nadmiar wody i raźnym krokiem skierował się do lady.
Nigdzie nie dostrzegł karczmarza. Zerknąwszy na boki, by upewnić się, że nikt nie ostrzył sobie na niego broni – albo zębów – ostrożnie wślizgnął się na jedno z wolnych krzeseł. Ułożył ręce na lepkim blacie, z braku lepszego zajęcia przesunął po nim palcami, przyglądając się okruszkom jedzenia, które się do niego przyczepiły. Uśmiechnął się ponuro, wspominając pierwszy wieczór spędzony w tak obskurnym, podejrzanym miejscu.
Kierowała nim desperacja oraz gorąca wiara w to, że mógł lada moment odnaleźć Aithne. Prawie doprowadził do wyrzucenia go z lokalu; na szczęście w porę się zorientował, że entuzjazm oraz porządny ubiór czyniły go marnym kompanem do kieliszka w takim towarzystwie. Uciekł z karczmy, zanim sowiciej zapłacił za szczeniacką pomyłkę. Sporej części półświatka przestępczego nie sposób było nazwać przebiegłym, ale należało pamiętać, że mimo wszystko margines społeczny swój rozum miał – większy lub mniejszy. Errian tak desperacko pragnął odszukać Aithne, że nie zważał na konsekwencje.
Teraz wydawało mu się, że był trochę mądrzejszy. Przede wszystkim korzystał z doświadczenia wyniesionego z szaleńczej wyprawy do Perrianu. Starał się naśladować zachowanie przyjaciół, z którymi rozstał się ponad pół roku temu – pamiętał sposób bycia Sheridana, złośliwego łowcy dusz, pewność siebie Ariene, bardzo żywiołowej wiedźmy, wyniosłość Anabde, tajemniczej nekromantki, a wreszcie impertynencję Aithne, jedynej takiej upadłej anielicy w Lostarze. Z całą swoją życzliwością podczas wnikliwych rozmyślań nad przyjmowanymi strategiami wykluczył z wachlarza ról Cadora. Obrońca był sympatycznym, poczciwym człowiekiem, który zupełnie Errianowi do takich miejsc nie pasował. Larkina za to za słabo poznał, by próbować ubierać się w jego skórę.
Często wracał myślami do wyprawy. Do wspólnej podróży, do walk z nieumarłymi bestiami, do starcia z tajemniczym widmem zabitym ostatecznie przez Anabde. Do dziwnych towarzyszy podróży – prawdopodobnie zmarłego tragicznie Revelina oraz niepokojącego Alvara. Wreszcie odtwarzał w pamięci artefakt zdobyty dla króla, wielką księgę oprawioną w białą skórę, z nietkniętą pieczęcią. Korciło go wielokrotnie, by spróbować ją otworzyć, moralność jednak brała górę. Istniały takie sprawy, o których prości ludzie nigdy nie powinni się dowiedzieć.
Zabębnił palcami w ladę, kiedy nieobecność karczmarza się przedłużyła. Ściągnął przez to na siebie przeciągłe spojrzenie starego, zapijaczonego mężczyzny. Na czubku jego łysiejącej głowy została ledwie rzadka kępka szarych włosów. Nieznajomy przyjrzał się młodemu magowi, najwięcej uwagi poświęcając jego fryzurze – Errian postanowił to zignorować i wbił wzrok w drugi kraniec pomieszczenia. Nigdy do końca nie przywykł do zdumienia, które pojawiało się na twarzach obcych na jego widok. W końcu nie co dzień widywało się człowieka z idealnie białymi włosami.
Nie miał pojęcia, z jakiego powodu urodził się bez melaniny. Jego matka wyglądała identycznie, dlatego założył, że było to po prostu dziedziczne. Różne dziwactwa chodziły po Lostarze, a on do największych nie należał. Mimo to często musiał sobie radzić z niechcianą uwagą. Najcięższe były dla niego pierwsze miesiące nauki w Akademii Magii, zwłaszcza że okazał się najmłodszym w historii studentem – normalnie przyjmowano adeptów w wieku szesnastu lat, on zdał wstępne egzaminy, mając lat dziesięć. Nigdy nie czuł się z tego powodu wyjątkowy, a wręcz przeciwnie, przez kilkanaście długich miesięcy sądził, że w ten sposób ukarał go ojciec. Od małego wiedział bowiem, iż Hasse von Souen uważał go za swoją największą porażkę.
Z biegiem czasu jego podejście do nauki się zmieniło. Przynajmniej jedno wychodziło mu dobrze – a chociaż była to znienawidzona przez ojca magia, niosła ze sobą radość oraz satysfakcję.
Wreszcie nadszedł karczmarz. Jego przybycie Errian skwitował pełnym ulgi westchnieniem – uśmiechnął się odruchowo, na co mężczyzna łypnął na niego podejrzliwie. Zbliżył się do nowego klienta, mrużąc oko, jakby szacował, jak dużym zagrożeniem był.
— Co podać? — rzucił mało zainteresowanym tonem.
Errian w tej karczmie nie zamierzał zaspokajać głodu przede wszystkim z troski o swoje zdrowie. Prawdopodobnie został już wydziedziczony, ale szlachecko delikatny żołądek jeszcze nie przyjął tego do wiadomości.
— Mam kilka pytań — stwierdził, nachyliwszy się nad ladą.
Karczmarz natychmiast się wyprostował, podejrzliwość na jego twarzy zmieniła się w szczerą niechęć. Odchrząknął, zaczynając szukać wzrokiem innego klienta, który pragnął dolania do kufla rozrzedzonego wodą piwa.
— To nic takiego — zapewnił pośpiesznie Errian, unosząc dłoń. — Chciałbym tylko wiedzieć, czy była tu rudowłosa dziewczyna.
Mężczyzna sapnął sfrustrowany, już zamierzając go przegonić, jednak dostrzegł podsuwaną mu pod nos srebrną monetę. Jego oczy błysnęły, rozejrzał się ukradkiem, po czym porwał pieniądz, natychmiast wsadzając go do kieszeni znoszonych spodni.
— Tam masz rudą. — Wskazał jeden z kątów.
Errian błyskawicznie się obrócił, zdjęty przerażeniem, że nie dostrzegł Aithne w tłumie. Jego oczom ukazała się jednak jedna z miejscowych dziwek – skąpy strój był poszarpany, a wokół wąskiej talii kobiety oplatały się już czyjeś męskie ramiona. Nieznajoma śmiała się cicho, popijając czyjś trunek.
— Nie o nią mi chodziło — żachnął się sfrustrowany, w jednej chwili poczuwszy gniew zalewający pierś lodowatą falą. — Rudowłosa wojowniczka. Niewysoka. Drobna z budowy. Bardzo silna — wyliczył, zwracając zimne spojrzenie na karczmarza. — Ma ciemne oczy, piegi na twarzy, zwykle stroi paskudne miny.
Mężczyzna wzruszył ramionami i sięgnął po pusty kufel, żeby nalać żądającemu tego klientowi nowe piwo. Errian z trudem powstrzymał się od chwycenia rozmówcy za łokieć.
— Jest głośna. Pyskata. Gdziekolwiek się pojawi, awanturuje się — wyliczał dalej, niezrażony brakiem zainteresowania. — Rozmawia do swojego konia! Siwa klacz, nie rozstają się, koń ma bardzo jasne oczy, jak żaden inny koń, na pewno byś je rozpoznał!
— Widzisz tu gdzieś jakąś dziewuchę z koniem? — warknął karczmarz i łypnął na maga nieprzychylnie. — Nie wpuszczam do lokalu zwierząt.
— Jakoś nie widać — syknął pod nosem, walcząc z narastającą w sercu złością. — A jaka jest szansa, że była tu wcześniej? Dzień, dwa dni temu? — podjął, tym samym uniemożliwiając mężczyźnie odniesienie się do uszczypliwej uwagi.
— Żadna. — Karczmarz uderzył otwartymi dłońmi w ladę. — Chyba że któryś z chłopców wziął ją pod pierzynę, cholera wie. Ich spytaj. — Wyszczerzył zęby w paskudnym uśmiechu.
Błękitne oczy Erriana w ciągu jednego uderzenia serca nabrały intensywniejszej barwy, jakby od wewnątrz rozświetlił je płomień – młodzieniec zdołał jednak opanować falę gniewu, która pragnęła znaleźć ujście w postaci magii. Odwrócił głowę i zamrugał szybko, zanim karczmarz cokolwiek zauważył.
Prawie zawsze tak się to kończyło. Nie zdobywał żadnych informacji, nikt nie chciał z nim współpracować i coraz częściej zastanawiał się, czy Aithne nie była tylko wytworem jego wyobraźni. Z drugiej strony wiedział, że równie dobrze mogła udać się w zupełnie inną stronę i dlatego jej nigdzie nie widziano. Miał do przeszukania cały wielki Lostar w pojedynkę, a lat życia nie zostało mu wiele w porównaniu do długowiecznej Aithne. Przeklęci rozwijali się na przestrzeni wieków, dla nich dwadzieścia czy trzydzieści lat nie było niczym wielkim.
— W porządku — rzucił przez zęby i uśmiechnął się wymuszenie. — Dziękuję za pomoc.
Zsunął się z krzesła, postawił kołnierz nadal mokrego płaszcza i sztywnym krokiem skierował się do wyjścia. Był tak sfrustrowany, że nawet nie przejmował go zacinający na zewnątrz deszcz. Zamierzał opuścić karczmę i poszukać następnej, w której może dopisze mu więcej szczęścia. A nuż sprawiedliwy Silthe jednak zdecyduje się interweniować w smutnym życiu jednego ze swoich wiernych wyznawców. Chociaż Errian szczerze w to wątpił. Wątpił ostatnimi czasy coraz częściej.
Ledwie dziwny gość wyszedł z karczmy „Pod Topielcem”, przy jednym z zajętych stolików zrobiło się niewielkie poruszenie. Grupa mężczyzn, wymieniając się cichymi, mrukliwymi uwagami, wymownie wskazywała zamknięte drzwi. Rzucono tam najpierw parę spojrzeń, potem kiwnięto raz i drugi głowami. Wreszcie jeden z nich wstał, popatrzył władczo na towarzyszy, a następnie podążył śladem niczego nieświadomego młodzieńca. Kompani draba zarechotali, poszturchali się przez chwilę, po czym prędko dogonili przywódcę.
Cała piątka opuściła karczmę, odprowadzana jeszcze jednym uważnym spojrzeniem. Jego właściciel uniósł kącik ust w niepokojącym uśmiechu, pokręcił z rezygnacją głową i dopił stojące przed nim piwo. Rzucając na stolik dwie miedziane monety, podniósł się i jako ostatni skierował do wyjścia. Goście, którzy unieśli na niego wzrok, natychmiast się kulili i wciskali głowy w ramiona, przytłoczeni nie tylko pokaźnym wzrostem obcego. W powietrzu zawisła dziwna aura niepokoju; nie przeminęła, dopóki nieznajomy nie wyszedł z przybytku.
Gdy drzwi wreszcie się za nim zamknęły, rozmowy znowu rozbrzmiały w sali, a zebrani jakby odetchnęli, rozluźniając napięte w instynktownej potrzebie ucieczki mięśnie.

Errian szybko pożałował decyzji o tak rychłym opuszczeniu karczmy. Kiedy uderzył w niego deszcz, natomiast przez mokre ubranie przeniknął zimny podmuch, zadrżał niekontrolowanie i mimowolnie przyśpieszył kroku. Nie stać go było na żadnego uzdrowiciela w razie choroby – gdyby leczył się bez wsparcia magii, opóźniłoby to poszukiwania Aithne, czego zdecydowanie nie chciał. Po raz kolejny zadał sobie pytanie, dlaczego nigdy nie próbował się nauczyć magii uzdrowicielskiej.
Na ulicach panował przytłaczający mrok i jedynym oświetleniem w tej części Esmarny były sporadyczne jasne okna niewysokich domków. Dopiero kawałek dalej zaczynały się rzędy kamienic oznaczające wkroczenie do lepszej dzielnicy. Na skrzyżowaniu stał stary drogowskaz, z którego prawie nic nie dało się odczytać, ale Errian miał nadzieję rozszyfrować nazwę kolejnej karczmy – o ile dopisze mu szczęście i jeszcze jedną tu znajdzie.
— Szlag by to — zaklął pod nosem, walcząc z ochotą przywołania kuli światła, by rozjaśniła mu drogę i przegoniła wypełzające z zaułków cienie.
Zwykle unikał używania magii, jeśli nie było to absolutnie konieczne. Prości ludzie bali się magów oraz wiedźm, utożsamiali ich ze znienawidzoną rasą Przeklętych, a Errian miał dość problemów. Nie potrzebował dodatkowego zainteresowania ze strony zabobonnej części społeczeństwa, która mogłaby go uznać za przedstawiciela drugiej rasy z powodu niecodziennych włosów. Wtedy musiałby zapomnieć o szukaniu Aithne w tym mieście.
Za każdym razem, kiedy wyruszał w drogę, próbował analizować, co zrobiłaby dziewczyna. Chciał wejść w jej skórę i zawsze uświadamiał sobie, jak boleśnie mało o niej wiedział. Znał jej charakter, nauczył się na pamięć wyglądu, był w stanie oszacować, na co zareagowałaby agresją, a na co strachem. Raz przez przypadek rozmawiali o jej rodzinie. Nie miał pojęcia, co spotkało ją w przeszłości ani co aż tak ją skrzywdziło, że były momenty, w których wpadała w ślepą panikę. Nie umiał wejść w jej skórę, bo praktycznie jej nie znał. Za to kochał całym sobą.
Minął się z pierwszym tej nocy przechodniem – nieznajomy, chowając głowę w ramionach jak niezadowolony ptak, mało zgrabnym truchtem zmierzał ku jednej z chałup, zaciekle przeklinając pod nosem na modłę cyrrolijską. Errian pomyślał, że musiał teraz bardzo żałować przeprowadzki z przeważnie ciepłego regionu na kapryśną północ Estrille. Odprowadził mężczyznę wzrokiem i wtedy właśnie zauważył za sobą coś niepokojącego.
Jego śladem szła grupa nieznajomych. Żaden nie wyglądał przyjaźnie – przynajmniej spośród tych, którzy nie przysłonili twarzy szerokimi kapturami. Errian zmrużył oczy, oceniając prawdopodobieństwo napadu. Nie wiedział, czy mężczyźni przebywali w tej samej karczmie co on, mogli przecież zwyczajnie wracać do domów. Tak czy siak nie zamierzał dać po sobie poznać, że zorientował się o zagrożeniu; odwrócił głowę jakby nigdy nic i skupił się na drodze. W myślach zaczął sobie wyrzucać głupotę, gdy pojął, że zostawił w stajni miecz. W czasie drogi przytroczył go do siodła i tak mu już zostało.
Trudno powiedzieć, czy był gotowy na to, co chwilę potem się stało. Poczuł silne szarpnięcie na ramieniu i gwałtownie stracił równowagę, lecąc w stronę, w którą go pociągnięto. W jednym momencie otoczył go gęsty mrok zaułka, but z chlupotem stanął w głębokiej kałuży, a woda wlała się do środka, wywołując na twarzy Erriana grymas. Zatrzymał się plecami na ścianie jednej z chat – aż stęknął cicho, bo uderzenie odebrało mu na kilka uderzeń serca dech.
Zaraz potem ujrzał otaczających go ciasnym łukiem mężczyzn. Popatrzył po nich, starając się nie dać poznać po sobie strachu. Raz jeszcze przeklął głupotę – nawet jeśli broń nie przydałaby mu się w tak ciasnej przestrzeni, mógłby nią wystraszyć. A przynajmniej spróbować.
— Co my tu mamy — rzucił trzymający go mężczyzna i uśmiechnął się kpiąco.
— Paniczyka.
— Dziedzica!
— Królewicza rodem z bajki — dodał jeszcze jeden głos.
— Nie mam pieniędzy — poinformował spokojnie Errian, niespecjalnie przejęty sceną, którą przed nim odegrano.
Zwykle wyglądało to podobnie – i chociaż do tej pory nie przeżył tego na własnej skórze, mniej więcej był w stanie określić, co stanie się w jakiej kolejności. Jednocześnie próbował dopasować do tego rozsądny plan.
— Nie łżyj — warknął przywódca bandy. — Widzieliśmy z chłopakami. Wyskakuj ze złotych, to nie wyskoczysz ze skóry.
Młody mag musiał przyznać, że drab zdecydowanie przecenił zawartość jego sakiewki. Pozostał jednak niewzruszony, na jego twarzy nie pojawił się nawet cień emocji. Wymagało to mnóstwa samokontroli i Errian sam się zdziwił, że wyszło mu aż tak dobrze.
— Nie mam — powtórzył uparcie, jednocześnie nie robiąc niczego, by się uwolnić.
— Ach tak? — Oblicze mężczyzny wykrzywił gniewny grymas. — Krótki. — Wyciągnął wolną rękę ku jednemu z towarzyszy.
Krótki od razu wcisnął w dłoń przywódcy rękojeść prostego, rdzewiejącego już sztyletu. Errian nerwowo pomyślał, że zdecydowanie nie chciał dopuścić do zranienia tym ostrzem. Babrałby się z raną przez ładnych kilka tygodni.
— Może teraz inaczej będziesz śpiewał — syknął drab, unosząc broń.
Nie było wyboru. Gdyby nie zostawił tego przeklętego miecza…
Oczy Erriana rozbłysły tym samym światłem co w karczmie, jednak w ciemnym zaułku dało to bardziej upiorny efekt. Zanim sztylet znalazł się niebezpiecznie blisko jego gardła, klinga pokryła się warstwą szronu, następnie natomiast lodu – wreszcie ciężar stał się tak duży, że rdzewiejący metal roztrzaskał się pod naporem magii.
Mężczyzna krzyknął zdumiony i odskoczył, puszczając Erriana. Młody mag osunął się kawałek po ścianie, dopiero w tym momencie pojąwszy, że do teraz stał na palcach, w tak silnym uścisku był trzymany. Z tego też powodu nie zdążył rzucić się do ucieczki; zanim odzyskał równowagę, do napastników dotarło, z kim mieli do czynienia.
— Ścierwo przeklęte! — ryknął przywódca bandy i wyprowadził silny cios prosto w brzuch Erriana.
Z piersi młodzieńca ze świstem uciekło całe powietrze, a przed oczami zamigotały ciemne plamy. W rozpaczy sięgnął po magię, jednak umysł był na tyle otępiały, że zaklęcie wyślizgnęło się, zanim nad nim zapanował. Pobliskie śmieci z sykiem zapłonęły, rzucając dokoła migotliwe cienie, walcząc z ulewnym deszczem oraz wilgocią. Jeden z drabów krzyknął przerażony, bo ogień musnął jego rękaw.
— Ty skurwysynie — warknął inny głos.
Kolejny cios spadł na szczękę Erriana; ból okazał się tak wielki, że młody mag przez jedno uderzenie serca myślał, że mu ją przetrącono. Natychmiast opadł na kolana, już nawet nie zauważając, że wylądował w samym środku cuchnącej kałuży. Podparł się rękoma, całą wolę skupiając na magii, by tym razem rzucić celne zaklęcie – zignorował także metaliczny posmak w ustach. W uszach mu huczało, nie miało to jednak większego znaczenia.
W momencie, w którym uwolnił uderzenie mentalnej energii, poczuł, jak odpowiada na nie inna magia. Potężniejsza. O wiele, wiele potężniejsza, na tyle ogromna, że Errian przez chwilę bał się, że pochłonie nie tylko jego czar, ale także cały jego umysł. Fala przeszła jednak dokoła, nie czyniąc mu krzywdy, za to otrzeźwiając myśli. Splunąwszy krwią, zerwał się na równe nogi, gotów do obrony przed nowym przeciwnikiem.
Zastygł nieruchomo, wspierając się ramieniem na ścianie chaty, gdy ujrzał, co zaklęcie uczyniło jego oprawcom. Czterech mężczyzn, postękując głucho, zbierało się z ziemi, natomiast piąty, leżący kilka stóp od zdumionego Erriana, wpatrywał się pustym wzrokiem w zasnute czarnymi chmurami niebo. Młodzieniec dostrzegł rozrzedzoną deszczem krew wyciekającą trupowi z uszu. Było w tym coś znajomego. Zupełnie jakby…
Errian uniósł wzrok, by spojrzeć prosto na stojącą u wejścia do zaułka postać. Wysoki nieznajomy trzymał ręce w kieszeniach, zza jego pleców oblewało go światło sączące się z jednego z okien, przez co młody mag nie mógł dostrzec niczego charakterystycznego. Bez namysłu przywołał kulę jasności, którą posłał w powietrze, by zalała blaskiem wąską uliczkę.
Ujrzał znajomą twarz o ostrych rysach drapieżnika. Usta wykrzywiały się w lekkim, niepokojącym uśmieszku, ukazując bardziej niż u zwykłych ludzi zaostrzony kieł. Ciemnobrązowe włosy, w słabym oświetleniu wyglądające na czarne, przykleiły się do czoła oraz skroni, smętnie opadając aż do ramion. Najbardziej jednak uwagę przyciągały zielone oczy – oczy błyszczące szaleństwem.
— Sheridan — wychrypiał Errian, w jednej chwili czując, jak ogarniała go trudna do opisania ulga.
Mężczyzna w odpowiedzi uśmiechnął się szerzej, wyjątkowo kpiąco, i ruszył w głąb zaułka, nie wyciągnąwszy rąk z kieszeni. Zatrzymał się pomiędzy podnoszącymi się mężczyznami.
— Co jest — warknął jeden z drabów, próbując wymacać coś, czym mógłby się bronić.
Errian już chciał zareagować, ale Sheridan go uprzedził. Przyłożył do skroni dwa palce, zmrużył błyszczące oczy, a kiedy oderwał dłoń, za jego plecami rozpostarły się szerokie, ciemne błoniaste skrzydła, przysłaniając światło wpadające w ciasnotę między budynkami z głównej ulicy.
— Ja cię pieprzę — sapnął inny mężczyzna i zaczął się gwałtownie cofać, nie odrywając wzroku od przerażającego zjawiska.
Wystarczyło, by Errian postąpił krok w bok, opierając się całym ciężarem na ścianie, a uciekający napastnicy nawet go nie zauważyli. Tylko jeden w panice pełzł do tyłu, nie będąc w stanie pozbierać się na tyle, żeby wstać.
— Ej, gówniarzu — odezwał się Sheridan, nie spuszczając z nieszczęśnika wzroku.
Errian spojrzał na dawnego kompana.
— Przytrzymaj go na moment.
Młody mag skinął głową. Znów przywołał magię, a kiedy poczuł jej stabilną obecność, wypuścił zaklęcie, kierując je w ziemię. Glebę rozepchnął potężny korzeń, wyciągnął się niczym kot naprężający grzbiet, po czym w jedno uderzenie serca oplótł się wokół nóg draba, unieruchamiając go. Mężczyzna wrzasnął przerażony i natychmiast sięgnął do pędu, chcąc go z siebie zdrapać.
— Co zamierzasz? — spytał spokojnie Errian, starając się nie dać obezwładnić współczuciu wobec spanikowanego napastnika.
Musiał kilkukrotnie powtórzyć sobie w myślach, że jeszcze chwilę temu to on był niemalże bezbronną, otoczoną ofiarą.
— Zgłodniałem. — Sheridan wzruszył ramionami i przykucnął przed mężczyzną. — Lepiej odwróć wzrok. To nie będzie czyste.
Errian w pierwszym odruchu zrobił to, o co poprosił go przyjaciel. Zaraz jednak ogarnęła go niezdrowa, naukowa fascynacja. Niewiele osób widziało pożywiającego się Przeklętego i przeżyło, by o tym opowiedzieć. Pomimo moralnych oporów znów popatrzył na Sheridana.
Łowca dusz wpatrywał się nieruchomym wzrokiem w drżącego z przerażenia mężczyznę. Nie działo się właściwie nic nadzwyczajnego – ale Errian poczuł wibracje powietrza, a włoski na karku stanęły mu dęba. To oznaczało obecność magii, w dodatku naprawdę silnej. Gdyby był słabszym magiem o niższym poziomie, prawdopodobnie towarzyszyłaby temu niespodziewana migrena.
Mężczyzna zaczął jęczeć, tocząc dokoła nieprzytomnym spojrzeniem. Jego oczy zrobiły się szkliste, z kącika ust pociekła krew. Przestał walczyć z pędami, niedługo potem jego mięśnie zwiotczały – tylko po to, by po kilku uderzeniach serca gwałtownie się napiąć wraz z pełnym bólu wrzaskiem, który wydarł się z jego piersi. Na nowo podjął bój o wolność, szamotał się niczym ryba wyciągnięta z wody, szlochał, krzyczał i jęczał na przemian. Sheridan po prostu przed nim kucał, nie spuszczając z ofiary wzroku.
I wtedy rozległ się trzask. Errian nigdy nie widział czegoś równie obrzydliwego. Czaszka mężczyzny została dosłownie zmiażdżona, w dodatku z taką siłą, że zmieniła się w krwawą papkę poprzetykaną kawałkami kości. Nie sposób było rozpoznać rysów twarzy, młody mag wypatrzył jedną gałkę oczną – ale poprzebijaną zębami, które zostały wyrwane z dziąseł. Zrobiło mu się niedobrze, więc odwrócił wzrok, zanim musiał walczyć z odruchem wymiotnym.
— Już — zakomunikował Sheridan, podnosząc się.
Zapadła chwila ciszy, podczas której Errian oddychał przesadnie głęboko, łowca natomiast milczał, przypatrując się przyjacielowi.
— Może przejdźmy kawałek dalej — zaproponował z nieskrywanym szyderstwem Przeklęty.
— Może przejdźmy — zgodził się słabym głosem i, nie odrywając rąk od ściany, wyminął zmasakrowanego trupa, powoli idąc ku światłu z głównej ulicy.
Sheridan raz jeszcze przyłożył dwa palce do skroni, na co jego skrzydła zniknęły, z powrotem upodabniając go do zwykłego człowieka. Podążył śladem młodego maga, a gdy wydostali się z zaułka, z zaskakującą jak na niego cierpliwością poczekał, aż Errian odzyska zdrowe kolory na twarzy.
— Co cię podkusiło? — spytał, widząc, że młodzieniec się wyprostował.
Errian spojrzał na niego zdumiony.
— W tej karczmie. — Łowca wzruszył ramionami. — Na jaką cholerę zadawałeś tyle dziwnych pytań? Z tą czupryną na wierzchu? — Spojrzał wymownie na włosy przyjaciela.
Mag odwrócił wzrok. Wiedział, że Sheridan słusznie wytknął mu brak rozsądku, ale czego wymagać od zdesperowanego człowieka?
— Drobny błąd — bąknął i potarł kark.
— Który prawie kosztował cię zdrowie — wytknął, zmrużywszy oczy. — Dlaczego ciągle muszę ratować twój nieporadny tyłek?
Errian uśmiechnął się blado. Chociaż słowa łowcy pozbawione były sympatycznego brzmienia, młodzieniec poznał go na tyle, by wiedzieć, że oznaczały przyjazne nastawienie. Odważył się na niego spojrzeć, a wtedy ujrzał lekki uśmiech na twarzy towarzysza.
— Znajdujesz się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie najwyraźniej — rzucił półżartem, ale zaraz westchnął ciężko. — Dziękuję, Sher. Gdyby nie ty, nie skończyłoby się na rozciętej wardze i siniakach.
Łowca przypatrywał mu się przez kilka chwil. Errian był pewien, że lada moment po prostu skinie głową, uśmiechnie się złośliwie, a potem bez słowa odejdzie, zostawiając go samego. To by pasowało do Sheridana, do jego niechęci do towarzystwa oraz pogardliwego stosunku do wszystkich poza nim samym.
Jednak Przeklęty tylko przymknął na moment oczy i uśmiechnął się kącikiem ust.
— Nadal jej szukasz — rzucił w przestrzeń.
Errian poczuł się dziwnie. Niczym przyłapane na gorącym uczynku dziecko. Zająknął się, nie wiedząc, co zrobić w obliczu takiej zmiany u Sheridana.
— Szukam — przytaknął. — I nie przestanę, dopóki nie znajdę.
Łowca zaśmiał się chrypliwie, kręcąc głową. Młody mag – nie wiedzieć dlaczego – poczuł się urażony. Śmiech nie zabrzmiał jak dobrotliwy chichot, raczej jak szyderczy rechot.
— Zakochani naprawdę są bezbrzeżnie głupi — skomentował pod nosem, zanim odetchnął, uspokajając się. — W Esmarnie jej nie ma. Wyczułbym ją.
— Och. — Errian spuścił wzrok, w jednej chwili przytłoczony rezygnacją.
— Chodź, dzieciaku — mruknął niespodziewanie i skinął głową w górę ulicy. — Znajdziemy przyzwoite lokum. Napijesz się czegoś?
Errian popatrzył na niego zdumiony. Zupełnie nie spodziewał się takiej propozycji – a kiedy nawiązał kontakt wzrokowy, niedowierzanie tylko się pogłębiło. Pojął bowiem, co tak naprawdę Sheridan miał na myśli, czego po prostu nie umiał ubrać w słowa.
Łowca dusz, który uciekł z ich drużyny, ledwie nadarzyła się dogodna okazja, właśnie zaproponował mu wspólną podróż. Na jak długo, trudno ocenić, ale z pewnością na najbliższy czas. Zaraz Errian przypomniał sobie, że Sheridan nie opuścił go również podczas niezręcznej sytuacji w domu rodzinnym, kiedy rozpaczliwie usiłował zapobiec niechcianemu ślubowi.
Uśmiechnął się ciepło, czując jeszcze większą ulgę niż przed chwilą. Do tej pory swobodnie nazywał łowcę przyjacielem w myślach, ale nie był pewien, czy mężczyzna traktował go tak samo. Teraz już wiedział.
— Bardzo chętnie. Mam dość tego dnia i tej cholernej pogody — skwitował, przymrużając oczy. — Poza tym umieram z głodu.
— Pierwszą kolejkę mogę ci postawić. Za resztę płacisz sam — zastrzegł Sheridan, z rękoma w kieszeniach ruszając w górę ulicy. — Pewnie nie łapałeś się żadnej roboty, goniąc za rudym rozczochranym?
Errian uśmiechnął się szerzej, słysząc barwne przezwisko, które łowca nadał Aithne.
— Raz czy dwa razy. Jeszcze mam za co żyć — zapewnił lekkim głosem; odniósł wrażenie, jakby ściągnięto z jego ramion wszelkie troski, przynajmniej na ten jeden wieczór.
Odpowiedziało mu kpiące prychnięcie Przeklętego.
— Zakochani.

4 komentarze:

  1. Gdy tylko wspomniałaś o uważnie obserwującym i uśmiechającym się mężczyźnie, wiedziałam, że to był Sheridan. Och, uwielbiam czytać o postaciach z takim charakterem i nie mogłam się doczekać, kiedy w końcu o nim wspomnisz. Tak w ogóle to gratulacje za skończenie pierwszej części! Oj, jestem ciekawa, co dokładnie Oren zrobi ze zdobytą księgą i jakie przygody czekają resztę naszej wesołej kompanii. :D
    Rozdział cudowny, a Errian uroczy jak zwykle; z jednej strony chciałabym, by spotkał już Aithne (czy wspominałam, że to moje ulubione celtyckie imię? <3), a z drugiej chciałabym poczytać jeszcze o tych poszukiwaniach.
    No nic, pozdrawiam Cię cieplutko i z niecierpliwością wyczekuję kolejnego rozdziału! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, witam znów!
      Ciekawa byłam, ile osób zorientuje się od razu, a ile później. Na razie jest remis. Nie najgorzej! No, Sheridan chwilowo nie wyskakuje z fabuły, więc jego powrót był nieunikniony, hue.
      A dziękuję. Do napisania zostało tylko pięć z tego tomu, jakoś dam radę! Oren ma plan. Znaczy nie ma. Ale udaje, że ma. Dobry blef to połowa sukcesu w końcu!
      Kiedyś już wspominałaś - też je lubię. Errian to nasz naczelny słodziak; ciekawe, czy ktoś mu stanowisko odbierze. Poszukiwania chyba ugryzę z innej strony, niż byś oczekiwała, ale mam nadzieję, że nikt nie będzie się mimo wszystko nudził!

      Usuń
  2. Yay, drugi tom! <3 Zaglądałam tutaj już wcześniej, ale dopiero teraz znalazłam czas, by na spokojnie przeczytać oraz skomentować. I, ach, było super, bo Sheruś! <3 Z początku, jak tamten koń zwrócił na Erriana uwagę, to myślałam, że to koń nekromantki, ale później stwierdziłam, że przecież Sheridan miał gniadego wierzchowca. Ach, odkrycie tej zagadki stało się dla mnie najważniejszą częścią czytania :P
    Ach, jestem ciekawa, co będzie tutaj główną osią - może jakieś problemy z artefaktem? :D Jestem ciekawa, co u innych, ale trza będzie poczekać trochę czasu.
    Ej, nie zabij się tam, kobieto! Kto będzie na mnie krzyczeć? :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, chyba jesteś jedyną osobą, która zwróciła uwagę na konia! Myślałam, że ten hint jest zbyt koński i zbyt "mój", żeby człowiek się przy pierwszym czytaniu zorientował, że to o Gniadą chodziło. No, ale to gut, jednak nie przesadziłam.
      No, w sumie najbliższy czas będzie poświęcony character development, a fabuła będzie taka na słowo honoru. Ale mam nadzieję, że nie umrzecie wszyscy z nudów.

      Usuń