wtorek, 20 września 2016

Rozdział 13.



Illis, Estrille, 386 rok drugiej ery, Lostar.

Wrócili do Illisu popołudniem, kiedy słońce już kładło się nad horyzontem, oblewając okolicę długimi, ciepłymi promieniami. Leanelle ucieszyła się na widok zabudowań, wąskich smug dymu unoszących się w niebo i nawet nieprzyjemny, nasilający się pod wieczór smród miasta jej nie przeszkadzał. Wśród pól, na wąskiej ścieżynie, czuła się jak wystawiona drapieżnikom mysz – bezbronna oraz słaba. Nie znała dzikich obszarów Lostaru i chociaż Estrille w żadnym wypadku nie dało się nazwać dzikim – a przynajmniej tak słyszała – niewiedza ją przerastała. Budynki dawały poczucie bezpieczeństwa mimo wszystko.
Wjechali na częściowo brukowaną ulicę, kopyta koni zastukały na kamieniach. Leanelle poruszyła się w siodle, boleśnie odczuwając każdą część ciała, którą obiło jej skórzane siedzisko. Nie mogła się doczekać, aż wreszcie dotrą do stajni i wreszcie zsiądzie. Poza tym w brzuchu burczało jej coraz głośniej i chociaż po drodze Caleb podzielił się z nią jedzeniem, to nie ukoiło gniewu żołądka. Zażenowana starała się jechać tak, żeby myśliwy już nie słyszał wyrazów buntu jej wnętrzności – chyba by się spaliła ze wstydu, gdyby odstąpił jej więcej prowiantu.
Zauważyła, że większość w grupie milczała. Sporadyczne rozmowy dawno ucichły i teraz jechali tak, jakby byli zupełnie sami. Nieśmiało zerknęła ku towarzyszącym jej osobom, uważając, żeby przypadkiem nie podłapać kontaktu wzrokowego. Wydawali się zamyśleni, trochę zatroskani… cóż, poza Sheridanem. Sheridan po prostu był przerażający, milczący, wielki i ponury. Leanelle nie rozumiała, dlaczego inni traktowali go tak normalnie, zwłaszcza Errian. Errian jakby wcale nie zauważał strasznej aury wokół niego.
Im głębiej wjeżdżali w ulice, tym więcej uwagi przechodniów przykuwali. Leanelle, nieco speszona obcymi spojrzeniami, zdecydowała się wcisnąć swojego wierzchowca między konie pozostałych, by zniknąć w grupie. Nie spodobało się to Lantano, który z cichym kwikiem spróbował wymierzyć kopnięcie w pierś jej konia – Anabde warknęła na niesfornego ogiera, ale wałaszek Leanelle szarpnął się w bok, tak na wszelki wypadek. Zderzył się ze spokojnym Koralem. Dziewczyna jęknęła, wczepiając się w przedni łęk siodła.
— W porządku? — Errian obejrzał się na nią z troską w oczach.
Leanelle skinęła głową.
— Postaraj się nie podjeżdżać Lantano do zadu — dodała Anabde.
Siedziała lekko obrócona, by ją widzieć, w jej oczach cień niepokoju ustąpił miejsca niezadowoleniu. Leanelle skuliła ramiona, słusznie czując się skarconą. Powinna panować nad strachem przed obcymi, żeby nerwowe odruchy nie stawiały jej w jeszcze bardziej kłopotliwych sytuacjach.
— Przepraszam — bąknęła.
Wbiła wzrok w kłąb wierzchowca i, puściwszy wodze, mocniej naciągnęła rękawy swetra. Teraz wystawały spod nich tylko palce, którymi nieco niezgrabnie z powrotem ujęła rzemienie. Jej koń zresztą cały czas potulnie trzymał się grupy, zupełnie jakby ktoś prowadził ją na sznurku.
Poczuła na sobie spojrzenie i nerwowo poruszyła się w siodle, mocniej kuląc plecy. Wiedziała, że nie powinna, Anabde ciągle jej powtarzała, że wierzchem jechało się wyprostowanym, z uniesioną brodą, ale to było silniejsze od niej. Chciała się obejrzeć, żeby sprawdzić, kto się jej tak przypatrywał, jednak trochę się bała. Prawdopodobnie podłapałaby kontakt wzrokowy albo zwróciła na siebie jeszcze więcej uwagi. Zagryzła wargę i lekko drżącą ręką sięgnęła do przewieszonej przez ramię torby.
W środku nie miała prawie niczego – poza zwiniętym w kłębek Hessanem. Gadzina przespała większą część wędrówki, tylko kilkukrotnie wygramoliwszy się ze schronienia, by nacieszyć się świeżym powietrzem. Leanelle uznała, że jego skrzydło nadal nie doszło do siebie, bo nawet nie próbował latać – chociaż wczesnym popołudniem pogoda świetnie się do tego nadawała. Prawdę mówiąc, trochę to Leanelle cieszyło. Ilekroć zabierała Hessana na dwór, bała się, że ją zostawi.
— No to co? — odezwała się nagle Ariene.
Podparła się na grzbiecie Komety, prawie się na niej położywszy. Uśmiechała się przy tym szeroko, aż zaraźliwie, dlatego Leanelle też uniosła kąciki ust.
— Robimy jakąś dobrą biesiadę, nie? — podjęła, rozejrzawszy się po twarzach przyjaciół. — Jesteśmy bogaci.
— Niewiele pieniędzy w życiu miałaś, skoro to dla ciebie bogactwo — mruknął pod nosem Caleb.
Ariene go zignorowała.
— Najemy się, napijemy, rozluźnimy po przyjemnościach walki z trupami… — wyliczyła, szczerząc zęby.
— Najeść się możemy — przytaknął rozbawiony Errian — ale może z umiarem. Jutro powinniśmy poszukać kolejnej roboty. Caleb ma rację, to wcale nie tak dużo pieniędzy.
Ariene wywróciła oczami. Posłała Errianowi karcące spojrzenie, jakby zawiodła się na jego rozsądkowym myśleniu. Zaraz skupiła się na milczącej, jednak uśmiechniętej Anabde.
— Anabde, wino? — spytała.
— Z przyjemnością. — Nekromantka kiwnęła głową.
— Jedna normalna!
— Też bym się napił — stwierdził Cador. — Może udałoby się nie przepuścić wszystkiego w jeden wieczór. — Spojrzał na Caleba, szukając u niego aprobaty.
— Tobie? Na pewno by się nie udało — odparł bez zająknięcia.
Cador roześmiał się, jakby słowa przyjaciela w ogóle go nie uraziły.
Leanelle trochę im zazdrościła – każdemu po kolei – tej swobody. Chciała umieć śmiać się z nimi, żartować i zapomnieć o niepokoju. Nie bać się dotyku, wykorzystać świadomość bezpieczeństwa na własną korzyść. Może pewnego dnia się nauczy.
— Niech będzie — skapitulował Errian, pokręciwszy głową. — Co ty na to, Sher?
Łowca popatrzył na niego krytycznym, pełnym niechęci wzrokiem, unosząc przy tym brew. Leanelle, chociaż nawet nie pozwoliła sobie napotkać tego spojrzenia, poczuła dreszcze na plecach. Sheridan był straszny.
— Skoro pomysł ci się podoba, to chyba ustalone. — Errian uśmiechnął się szeroko, jakby ślepy i głuchy na sygnały przyjaciela. — Ai, nie masz nic przeciwko?
Aithne posłała mu tak zdumione spojrzenie, że aż się zmieszał. Przeczesał palcami srebrnawe włosy, jakby tracąc pewność siebie, z którą podchodził do Sheridana.
— Dlaczego miałabym mieć coś przeciwko? — spytała zdezorientowana. — I dlaczego w ogóle mnie o to pytasz?
Ariene zachichotała. Errian, jeszcze bardziej speszony, tylko się zająknął, nie dano mu jednak szansy na udzielenie odpowiedzi.
— No to ustalone — oznajmiła Ariene. — Aidan, piszesz się?
Leanelle usłyszała, że wciągnął powietrze.
— Chyba? Jeśli mogę.
W chwili, w której się odezwał, wrażenie obserwowania minęło. Czyli to jednak on się jej przypatrywał. Objęła się jedną ręką, nie chcąc kolejny raz puszczać wodzy – tak na wszelki wypadek. Nie rozumiała, o co Aidanowi chodziło, dlaczego tak się nią interesował.
Ariene się roześmiała.
— Ja ci pozwalam!
— Ale może Ca… — zaczął zmieszany.
— Cador też ci pozwala. — Ariene spojrzała na obrońcę, wymownie uniósłszy brew.
Cador uśmiechnął się, wywrócił oczami, ale skinął głową. Wyglądał na dziwnie zadowolonego z siebie.
— O ile nie spróbujesz ratować żadnych dam z opresji i nie rozwalisz żadnego stołu, masz moją zgodę — mruknął uszczypliwie.
— Oczywiście — zapewnił pośpiesznie.
Leanelle nie była pewna, jak się czuć z myślą, że zupełnie zignorowali jej obecność. Żołądek nieprzyjemnie się jej ścisnął, ale zaraz spróbowała sobie wyjaśnić, że na ich miejscu też nie chciałaby spędzać czasu w swoim towarzystwie. Zresztą zabawa z alkoholem nie była czymś, w czym by się odnalazła. Ani nie umiała pić, ani nie czuła się gotowa na starcie z pijanymi ludźmi. To mogło oznaczać nagły kontakt fizyczny, na pewno by…
— Masz jakieś specjalne życzenia odnośnie jedzenia, Lea?
Popatrzyła zaskoczona na Erriana, przez roztargnienie prawie podłapawszy kontakt wzrokowy. Zająknęła się, czując, jak na jej policzki wpełzał rumieniec. Natychmiast znów zapatrzyła się w kłąb konia, ale zdążyła poczuć na sobie więcej przelotnych spojrzeń.
— Nie. Byle było ciepłe i było go trochę więcej — bąknęła zawstydzona.
Usłyszała śmiech Erriana, pogodny i dziwnie kojący. Rozluźniła ramiona.
— Tyle powinno się udać załatwić. Pośpieszmy się może, bo aż się głodny zrobiłem — zwrócił się do pozostałych.
Leanelle, wwiercając się wzrokiem w szyję wierzchowca, uśmiechnęła się. Z jej piersi zniknął gniotący, nieprzyjemny ciężar, sprawiając, że przez chwilę uwierzyła – uwierzyła, że mogła stać się ich częścią, tej dziwnej grupy, znaleźć tu swoje miejsce i być dla nich równie cenną oraz przydatną towarzyszką co pozostali.
Uzmysłowiła sobie, że właśnie odkryła zupełnie nowe marzenie w tym zupełnie nowym życiu. Tak bardzo chciała stać się jedną z nich, ich przyjaciółką.

Tego wieczoru w karczmie było naprawdę dużo osób, ale wyjątkowo niespecjalnie to Sheridanowi przeszkadzało. Wsparł głowę na dłoni, dość rozbawione spojrzenie zawiesiwszy na głośno rozmawiających towarzyszach. Śmiało mógł założyć, że najwięcej hałasu robiła właśnie ich grupa – z serdecznie śmiejącą się Ariene na czele.
Wzniósł wzrok do stropu, uchwyciwszy końcówkę opowieści Cadora, która wywołała salwę śmiechu. Errian aż otarł oczy z łez rozbawienia, chichocząc jak mały chłopiec.
— Zupełnie mnie to nie dziwi — skomentował wesoło.
Cador popatrzył na niego oburzony – za to słowa Erriana musiały przypaść do gustu Calebowi, który odpowiedział na nie śmiechem.
— Mnie też nie.
— Że Caleb jest wredną szują, to wiedziałem, ale ty? — Cador pokręcił głową, uśmiechając się szeroko. — Serce mnie boli.
— Może jesteś beznadziejnym obrońcą — zaczęła Ariene i objęła ramię Cadora, szczerząc do niego zęby — ale przynajmniej jest okazja, żeby się pośmiać.
Caleb musiał zasłonić usta dłonią, by przytłumić głośniejszy śmiech. Częściowo obrócił się na krześle, próbując to lepiej zatuszować. Sheridan uniósł brew. Nagle zaczął żałować, że nie przykładał zbyt dużej wagi do snutych opowieści.
— Cador nie jest beznadziejny — żachnął się bez przekonania Aidan, jakby nie wiedział, czy wypadało mu się śmiać z nauczyciela.
— Sam w to nie wierzysz — mruknęła Aithne.
— Dobra, zrozumiałem — zapewnił Cador, jednak nadal szeroko uśmiechnięty; posłał Ariene przekorne spojrzenie i zsunął ją ze swojego ramienia, oswabadzając się, by móc pokojowo rozłożyć ręce. — Solennie przyrzekam, nikomu już dupska nie uratuję!
— Mała strata — prychnął Caleb.
— No, parę razy nam się przydał — spróbował ratować sytuację Errian.
— Niby kiedy? — Sheridan przechylił głowę, by lepiej widzieć przyjaciela.
— Na pewno częściej niż ty — wypaliła bez zastanowienia Aithne, jak gdyby poczuła się osobiście dotknięta.
Sheridan posłał jej przeszywające spojrzenie. Nie ugięła się pod nim – zauważył za to, że siedząca między Anabde oraz Ariene Leanelle skuliła się, przyciągając do siebie zupę.
— Mam może przypomnieć, ile razy władowałaś nas w czarną dupę? — zainteresował się od niechcenia, sięgając po piwo.
Aithne nabrała powietrza, jakby szykując się do odparowania czegoś, ale Errian chwycił jej dłoń i zacisnął palce. Z powrotem przysiadła na krześle, z którego się lekko uniosła i, nie spuszczając z Sheridana chmurnego, zagniewanego wzroku, nachyliła się do Erriana, by posłuchać, co chciał jej powiedzieć.
Łowca pokręcił głową. Nie wiedział, co było gorsze – zapatrzony w rude rozczochrane Errian, czy poskromione rude rozczochrane.
— A jak właściwie wyglądało to zlecenie w Perrianie? — spytał Aidan, nachylając się nad stołem, jakby się bał, że inaczej go nie zauważą. — Cador nie chciał mi za wiele opowiedzieć, kiedy podróżowaliśmy, pomyślałem…
— Że my się wygadamy? — Ariene wyszczerzyła zęby. — W sumie dlaczego nie? Cador pewnie chciał po prostu zachować przed tobą twarz. — Spojrzała na niego spod lekko opuszczonych powiek, uśmiechając się uszczypliwie.
Sheridan westchnął. Nie wiedział, jakim trzeba było być niedorajdą życiowym, żeby jeszcze niczego nie zrobić w obliczu tak jednoznacznych sygnałów. Ich obrońca wypadał beznadziejnie nie tylko jako obrońca.
Ponad stołem podchwycił podobnie krytyczne, trochę niedowierzające spojrzenie Anabde. Drgnęła, wykonując taki ruch, jakby chciała odwrócić głowę, ostatecznie jednak tego nie zrobiła. Dał się tym zaskoczyć – do tej pory skrzętnie ignorowała jego istnienie. Ale skoro zmieniła zdanie… Posłał jej lekki, wymowny uśmieszek, uniósłszy brew.
— Ja też jestem ciekawa — przyznała Leanelle, a jej cichy głos zaskakująco dobrze wybił się na tle otaczających ich rozmów.
Wszyscy przy stoliku jakby specjalnie zamilkli, by mogła się odezwać. Sheridan z rozbawieniem patrzył, jak Errian uśmiechał się szeroko, prawie dumny. Anabde obróciła głowę do Leanelle, z jej twarzy zniknęła maska chłodu. Uniosła kąciki ust i przytaknęła, ruchem ręki zachęcając ją, żeby przysunęła się bliżej krawędzi stołu.
— Podbijam stawkę, wiem tylko, że Cador nadwyrężył sobie plecy — dołączył się Caleb, zabębniwszy palcami w blat. — Jakkolwiek by to nie brzmiało.
— Nie same plecy, cholera — poskarżył się Cador, nadal szeroko uśmiechnięty.
— Nadwyrężyłeś nam wszystkim cierpliwość — poprawiła go Aithne, wsparłszy brodę na zwiniętej w pięść dłoni.
— Bez przesady — żachnął się Errian ze śmiechem. — Nie było tak źle. Co prawda zjawił się w najgorszym możliwym momencie…
— Zdziwiłoby mnie, gdyby zdarzyło się inaczej — przyznał Caleb.
— Poza tym to było zlecenie na nieumarłych, można powiedzieć — podjął Errian, pokręciwszy głową. — Wielu nieumarłych. Mamy do nich szczęście, jak widać. Tamte jednak nie zostały ożywione w tak niejasnych okolicznościach jak nasza ostatnia robota, zwyczajnie…
— …zapieprzały po Elestren i utrudniały życie — dokończyła za niego Aithne. — Zwłaszcza ta latająca kiecka.
— Dant-cill — poprawił ją od razu.
— Uparta garderoba — poparła Aithne Ariene. — Przegoniła mnie przez pół miasta, zanim wreszcie się od niej uwolniłam.
— Właściwie jak to zrobiłaś? — zainteresowała się Anabde. — Zjawy tak po prostu nie da się zabić, zwłaszcza zjawy Przeklętego.
Ariene wydęła usta, wzruszając ramionami.
— Zwaliłam mu na łeb całą chatę.
Cador prawie opluł się piwem. Caleb posłał mu pełne politowania spojrzenie – a Sheridan mu zawtórował. Podchwycił rozbawiony, lekki uśmieszek Anabde i jego wzrok przesunął się z powrotem do niej.
Nie miał pojęcia, co ją ugryzło, że nie chciała z nim rozmawiać. Zresztą nie żeby to było istotne – po prostu nie lubił czegoś nie rozumieć. Wydawało mu się, że rozwiązali wszystkie sprawy dokładnie w taki sposób, w jaki sobie życzyła.
— Jak to? — wyrwało się Leanelle.
— I nic ci się nie stało? — zawtórował równie przejęty Aidan.
— Przecież widzicie, że cholera żyje. — Caleb posłał Ariene uszczypliwy uśmieszek.
— Czego zaraz nie będzie można powiedzieć o tobie. — Ariene nachyliła się nad stołem, by popatrzeć na niego ostrzegawczo.
Sheridan raz jeszcze wzniósł oczy do stropu. Zajrzawszy do kufla, odkrył, że piwo mogło się lada moment skończyć. Ponieważ nie uczestniczył – i nie zamierzał – w rozmowie, uznał, że nie będzie problemem przejść się do lady. Odstawił naczynie i odchylił głowę, by spojrzeć na Erriana. Zanim zapytał, czy jemu też przydałoby się kolejne, zauważył idącego w ich stronę mężczyznę.
Szybko ocenił, że nieznajomy był czymś poruszony, jego twarzy zastygła w nerwowym napięciu. Niewiele by go to obchodziło, gdyby nie to, że zmierzał do ich stolika, mało zgrabnie przepychając się między pozostałymi gośćmi. Sheridan przymrużył oczy. Zrezygnował z kupienia nowego piwa, tylko wsparł głowę na dłoni. Spróbował sobie przypomnieć, czy skądś znał tego człowieka – pociągła, zarumieniona twarz, jasne włosy, ślad potu na skórze. Wąskie usta zaciskał, wzrok utkwił w kimś, kto siedział naprzeciwko Sheridana.
— Prawdę mówiąc, w naszej grupie były zupełnie inne osoby — ciągnął opowieść Errian, jego pogodny głos bez trudu przedzierał się przez tutejszy gwar.
— No nie tak zupełnie — żachnęła się Ariene. — Dwóch ich było… no, trzech — poprawiła się, przepraszająco uniósłszy dłoń w kierunku Aithne. — Jak tym dwóm…?
— Alvar i Revelin — podpowiedziała spokojnie Anabde.
— I Larkin — dodała pośpiesznie Aithne, trochę się ożywiwszy. — Mój przyjaciel.
— W każdym razie… — podjął Errian.
Urwał, zauważywszy zatrzymującego się za plecami Anabde mężczyznę. Sheridan nie spuszczał z niego czujnego, ale spokojnego spojrzenia. Był człowiekiem. Nawet pomimo prób stłumienia magii, nie potrafił ukryć jej przed kimś na dziesiątym poziomie. Energia sięgała tak dolnych pułapów, że Sheridan nie zamierzał marnować czasu na dokładniejsze szacowanie.
— Anabde! — tchnął nieznajomy, chwytając ją za ramię.
Anabde drgnęła nerwowo. Na moment zesztywniała, ale równie szybko się obróciła. Musiała lekko zadrzeć głowę, by spojrzeć mężczyźnie w twarz. Sheridan obrócił kufel w dłoni, przechyliwszy głowę.
— Aenas — odpowiedziała nieco zduszonym głosem. — Co ty tu robisz?
Rozmowy przy stoliku ucichły. Leanelle ze zgrzytnięciem krzesła odsunęła się od Anabde, uciekając od napierającego na nią obcego ciała. Przysunęła się do Ariene – która prawie z matczyną troskliwością przyciągnęła ją za oparcie bliżej siebie. Wszyscy utkwili spojrzenia w Aenasie.
Zdawał się tego zupełnie nie zauważać.
— Szukałem cię — stwierdził, posyłając Anabde szeroki uśmiech. — Tamtej nocy tak nagle uciekłaś, nawet nie miałem okazji z tobą porozmawiać.
Sheridan przymrużył oczy. Kufel raz jeszcze obrócił się dokoła własnej osi, poddając się ruchom jego palców.
— No, to na pewno dobry moment, wpieprzyć się w czyjąś zabawę i zacząć wyciągać brudy — parsknęła Ariene.
Anabde na chwilę odwróciła głowę i przesunęła po zebranych spłoszonym spojrzeniem. Kiedy jej oczy skrzyżowały się ze wzrokiem Sheridana, jakby pobladła. Sheridan jednak milczał, w spokoju licząc obroty, które wykonał kufel.
— Wybacz, ale to ważniejsze niż pijackie wygłupy — skwitował Aenas.
Cador drgnął, chyba szykując się do wstania, ale Caleb zacisnął rękę na jego łokciu. Obrońca, skrzywiwszy się, odpuścił. Ariene tylko uniosła brwi.
— Posłuchaj, to, co się wtedy stało… nie ma znaczenia. — Aenas znów skupił się na Anabde, coraz mocniej wbijając palce w jej ramię. — Jakoś razem przez to przejdziemy. Zdołasz się od niego uwolnić.
— Co ty wygadujesz? — syknęła wściekła i gwałtownie się podniosła. — I co sobie wyobrażasz, tak mnie nachodząc?
— Anabde, ja naprawdę…
— Chyba wyraziła się jasno. — Obracający się kufel zatrzymał się z cichym stuknięciem. — Nie życzy sobie twojego skamlenia. — Sheridan uniósł spojrzenie, zawieszając je na mężczyźnie.
— Nie przypominam sobie, by ta rozmowa cię dotyczyła — odparował, zmarszczywszy czoło.
— Sheridan, nie. — Anabde odwróciła do niego głowę, miażdżąc go twardym, przeszywającym wzrokiem.
— Sheridan? — powtórzył Aenas. — To on?
— Nawet nie… — Anabde spróbowała chwycić kolegę za łokieć, ale stanowczo się jej wyrwał, obchodząc stolik dokoła.
Sheridan z lekkim rozbawieniem zauważył, że wszyscy obrócili za nim głowy, w milczeniu obserwując. Nawet w oczach Erriana pojawił się chłód, co dla każdego rozsądniejszego człowieka powinno być ostrzeżeniem. Aenas jednak, jak Sheridan błyskawicznie ocenił, nie należał do rozsądnych.
— Zostaw ją w spokoju. — Mężczyzna wycelował w niego palcem. — Zniknij wreszcie z jej życia!
— Aenas! — warknęła wściekła.
Sheridan uniósł brwi, pozwalając sobie na kpiący, leniwy uśmieszek.
— To ci powiedziała? — zainteresował się. — Tej nocy, kiedy w takiej panice od ciebie uciekała?
Aenas zacisnął zęby, aż drgnęły mu mięśnie szczęki.
— Myślisz, że dlaczego to ze mną wolała się wtedy kochać? — odparował roztrzęsiony, tak napinając ramiona, że cały zesztywniał.
— Aenas! — krzyknęła Anabde i ruszyła.
Zatrzymało ją wyciągnięte ramię Erriana. Mag delikatnie, ale stanowczo przytrzymał ją w talii, zupełnie jakby odgadł myśli Sheridana.
— An — szepnęła przestraszona Leanelle.
— Myślę, Aenasie, że to pora, byś już opuścił przybytek — stwierdził Sheridan, bez pośpiechu podnosząc się z krzesła.
— Chyba nie sądzisz, że się ciebie boję? — parsknął. — Jestem nekromantą. I zrobię wszystko, byś zostawił tę kobietę w spokoju.
— Na razie tylko ty nie dajesz jej spokoju — warknęła Aithne, znów podrywając się z miejsca, ale Errian jednym szarpnięciem za koszulę posadził ją z powrotem.
— Doprawdy. — Sheridan uśmiechnął się szerzej, ukazując ostrzejsze kły.
Aenas zmarszczył czoło. Wojownicze napięcie z niego zniknęło, zmieniając się w nerwowość oraz niepewność. Cofnął się pół kroku. Sheridan doskonale znał to zachowanie – podkulony ogon, uznanie przewagi przeciwnika.
Nie zamierzał odpuścić.
Pozwolił sobie na jedno spojrzenie na Anabde. Zobaczył na jej twarzy strach, który wywołał w jego gardle łaskotanie gorzkiego rozbawienia. Naprawdę nie sądził, że jeszcze kiedykolwiek znajdzie się w takiej sytuacji. A wydawałoby się, że był taki sprytny. Gdyby Gair go widział, prawdopodobnie srogo by się na nim zawiódł. I ta myśl zacisnęła się na jego żołądku lodowatą obręczą.
Popełnił kolejny błąd. Jednak naprawienie go wydawało się takie proste – wprost na wyciągnięcie ręki. Doskonale znał Anabde oraz jej duszę. Dotknął jej wielokrotnie. Przełamanie oporu byłoby śmiesznie proste – i zaraz po tym wreszcie spokój.
Nie musiał nawet uwalniać całej mocy. Nawet połowy. Uderzenie energii w ciągu jednej chwili wzrosło do piątego poziomu, a magia rzuciła się niczym wygłodniała bestia prosto na Aenasa. Sheridan oderwał wzrok od nieruchomej Anabde, by patrzeć, jak bezczelny nekromanta zwija się w agonii u jego stóp.
Wtedy poczuł odpowiedź.
Bariera oddzieliła jego moc od ofiary i zabłysła w momencie zdarzenia, wchłaniając siłę zaklęcia. To nie była ani Anabde, ani ten chłystek – żadne z nich nie miało prawa sięgnąć szóstego poziomu, który tak po prostu roztrzaskał jego magię. Znał tę moc. Drgnąwszy, jakby ktoś go boleśnie uszczypnął, zwrócił spojrzenie na Erriana.
Jego błękitne oczy właśnie traciły charakterystyczny blask, a ich chłodny wzrok wymierzony był w niego. Ten cholerny gówniarz… ten gówniarz dysponował szóstym poziomem magicznym. Jakim cudem?
— Aenas, wynoś się — usłyszał głos Anabde. — Wynoś się!
Nikt poza nimi w karczmie jakby nie zauważył tego, co się stało. Że ktoś właśnie pokonał Przeklętego jedną myślą – siedzący bliżej mężczyzna zamarudził na przeciąg, który się rzekomo zrobił. Żaden tutejszy gość nie zorientował się, że odbyło się magiczne starcie. Sheridan uświadomił sobie, jak ułomna była większość ludzi.
— Powiedziałam! — warknęła Anabde, szarpiąc ramieniem Aenasa.
— Pomogę mu znaleźć drzwi — zaproponował Cador.
Sheridan czuł na sobie lodowate spojrzenie Erriana, na które nie miał nerwów odpowiadać. Rzeczywiście, zmiażdżenie nekromanty w samym środku zatłoczonej karczmy nie było rozsądne. Było skrajnie głupie. Mimo to miał ochotę podjąć jeszcze jedną próbę, tym razem z pełną mocą, by na pewno nikt nie zdołał go powstrzymać.
— A ty — ściągnięta gniewem twarz Anabde pojawiła się przed nim, sprawiając, że wyrwał się z lekkiego odrętwienia — idziesz ze mną. Musimy porozmawiać.
Sheridan powiódł spojrzeniem za Cadorem prowadzącym Aenasa za łokieć. Gdyby za nimi poszedł, na zewnątrz bez problemu zatuszowałby ślady tej krótkiej, prostej zbrodni. Potem mógłby wysłuchiwać kazań Erriana oraz wrzasków Anabde.
— Sheridan!
Westchnął. Wcisnął ręce do kieszeni spodni i odwrócił się, ruszając śladem Anabde. Nie obejrzał się na pozostałych, tylko nasłuchując trzaśnięcia drzwi. Nie doczekał się jednak – zdążyli wejść na schody, zanim Cador wyprosił Aenasa na dwór.

— Co to było? — wydusiła Aithne, nabrawszy powietrza.
— Sheridan. — Errian zabrzmiał na wyjątkowo rozeźlonego; skrzyżował ręce na torsie i oparł się na krześle trochę jak obrażony chłopiec.
— Tyle widziałam — warknęła, zaciskając palce na krawędzi stołu. — Ale… o co właściwie chodziło?!
­— O szybki numerek z tamtym gościem. — Ariene nie odrywała spojrzenia od wyjścia, czekając na powrót Cadora. — Ktoś się zrobił zazdrosny.
— Co? — Aithne popatrzyła na nią tak, jakby wyrosła jej druga głowa. — Chodzi ci o to, że Anabde…?
— Czy on ją może skrzywdzić? — spytała cicho Leanelle, jednak udało jej się przerwać Aithne, która nawet nie miała ochoty kontynuować.
— Cóż, był wściekły — mruknął pod nosem Aidan.
— Włos jej z głowy nie spadnie, nie martw się, Leo — stwierdził Errian, a jego głos zabrzmiał już normalniej.
Aithne nie zwróciła na to większej uwagi. Zapatrzyła się w blat, pochyliwszy ramiona, jakby chciała stać się mniejsza niż w rzeczywistości. Wiedziała, że Anabde bardzo swobodnie podchodziła do tych kwestii, ale nigdy by nie pomyślała… Wydawało jej się, że w dziwny, nienormalny sposób się dogadywała z Sheridanem. Dlaczego więc zdecydowała się, cóż, poszukać kogoś innego? Kogo w dodatku nie chciała więcej widzieć? A z Sheridanem zachowywała się dalej zupełnie naturalnie. Chyba.
Aithne zagryzła wargę, czując, jak zaczynała boleć ją głowa. Mimowolnie uniosła spojrzenie na pochmurnego Erriana. Nie wyobrażała sobie, żeby ktokolwiek inny… Wypuściła powietrze przez nos, odpędzając od siebie te myśli. Sam pomysł wzbudzał w niej tak dziwny, pierwotny lęk graniczący z odrazą, że nie uważała za konieczne poruszanie takich tematów, nawet przed samą sobą. Sięgnęła do ręki Erriana i odszukała jego chłodniejszą dłoń.
— Dobrze, że go osłoniłeś — mruknęła. — Byłoby niezłe bagno.
Errian spojrzał na nią, z początku jakby obojętnie, ale w jedno uderzenie serca w jego oczach pojawił się dobrze znany, ciepły blask. Uśmiechnął się czule, nie odpowiadając w żaden konkretny sposób.
— Kolega poszedł do siebie — zakomunikował Cador, wróciwszy do stolika. — Nawet nie musiałem go specjalnie przekonywać.
Aithne przeniosła na niego wzrok. Miał bardzo zadowoloną minę, przez co zwątpiła, czy aby na pewno w żaden sposób się nie dołożył do szybkiego odejścia tego kretyna.
— Wygląda na to, że to tyle ze spokojnego wieczoru — zauważył Caleb. — Czas się chyba zbierać.
— Chyba tak — zgodziła się Ariene. — Chyba że uważamy, że będziemy potrzebni gospodzie, jak tych dwoje się już rozmówi?
— Nie wiem, czy ta gospoda wytrzyma tę rozmowę. — Cador wzruszył ramionami.
— My zostaniemy. — Errian spojrzał przelotnie na Aithne, zanim znów skupił się na przyjaciołach. — Na wszelki wypadek.
Aithne kiwnęła głową. Na słowa Cadora gardło zacisnęło się jej do tego stopnia, że nie była w stanie niczego wykrztusić. Dobrze, że Errian ją wyręczył.
— Ja też zostanę — stwierdziła Leanelle. — Zaczekam na Anabde — dodała speszona, zerknąwszy w stronę Erriana oraz Aithne.
— Oczywiście. — Errian uśmiechnął się do niej ciepło.
— Może ja też…? — zaczął Aidan, zapatrzywszy się na Leanelle z niepokojem, jakby wpadła na bardzo ryzykowny pomysł.
— Spać, młody. — Caleb zacisnął dłoń na jego ramieniu. — Jutro z rana chyba czeka cię trening, co?
Cador spojrzał na przyjaciela, jakby postradał zmysły, ale równie szybko się zreflektował. Przybrał neutralny wyraz twarzy, kiwając głową.
— Nie ma bezczynnego siedzenia w karczmie, Aidan — zgodził się z Calebem. — Czas pójść do siebie.
— Powodzenia — mruknęła Ariene. — Jakby co, krzyczcie bardzo głośno albo coś.
— Będziemy. — Errian uśmiechnął się rozbawiony. — Idźcie już.
Ariene dotknęła jego ramienia, zanim ominęła stolik i skierowała się ku wynajętym pokojom. Aithne odprowadziła wszystkich spojrzeniem, czując się dziwnie spokojniejszą z myślą, że w razie czego znaleźli się dalej.
Chociaż nie znosiła Sheridana i nie życzyła mu najlepiej, nawet ona wiedziała, że nigdy bez konkretnego powodu nie spróbowałby zabić kogoś w tłumie obcych ludzi. Nie wiedziała tylko, co o tej sytuacji myśleć.

Anabde wpadła do pokoju, który wynajmowała razem z Leanelle, i niczym burza przemaszerowała aż pod okno. Dopiero tam się zatrzymała, krzyżując ręce na piersiach, i spojrzała gniewnie na pogrążone we śnie miasto. Kamienne domy wyrastały niejednolicie z półmroku, odcinając się ostrymi konturami od grafitowego nieba. Wyglądały niewinnie do tego stopnia, że przez chwilę była gotowa trochę się uspokoić.
Potem usłyszała trzaśnięcie drzwi i całkowicie jej przeszło.
Odwróciła się, od razu wbijając wściekłe spojrzenie w Sheridana. Zatrzymał się kilka kroków za progiem, wcisnął ręce do kieszeni i tak znieruchomiał. Opanowanie na jego twarzy sprawiło, że jej serce zabiło jeszcze szybciej w złości. Jak śmiał patrzeć na nią tym obojętnym wzrokiem, kiedy przed chwilą o mało co nie zabił jej…!
Wahanie, które się w niej pojawiło, okazało się tylko bardziej denerwujące. To, kim był dla niej Aenas, nie miało teraz znaczenia. Właściwie nawet Aenas nie miał znaczenia – szukaniem jej oraz robieniem scen sam się prosił o kłopoty. Zwyczajnie nie rozumiała, o co chodziło Sheridanowi. To on był powodem wszystkich tych nieznośnie męczących sytuacji, w których się wahała i nie wiedziała, co robić. Wszystko stało się przez niego.
— Możesz mi wyjaśnić, co ty właściwie odpieprzasz? — warknęła, nabrawszy głębokiego wdechu jak przed skokiem na głęboką wodę.
Sheridan przechylił głowę. Nie potrafiła odwrócić spojrzenia od jego zielonych oczu, zupełnie jakby poddawała się mu nawet pomimo wściekłości oraz dzielącej ich długości prawie całego pokoju. Zgrzytnęła zębami.
— Chyba zadałam ci pytanie! — zawołała, podchodząc do stołu.
Oparła się na nim, chcąc zatuszować drżenie dłoni, ale nie zamierzając tkwić w pozycji ofiary. Zamierzała go otwarcie zaatakować i wreszcie zrozumieć, co z nią wyczyniał. Dlaczego nie mógł jej zostawić w spokoju? Przecież jasno dał jej do zrozumienia, że nie był nią dłużej zainteresowany. Co mu przeszkadzał Aenas?
— Robię porządek — stwierdził.
Jego niski głos brzmiał bardziej jak wibrujące, gardłowe warknięcie. Poczuła, że na moment zmiękły jej nogi – chyba ze strachu. Sheridan był wściekły. Kiedy raz jeszcze spojrzała mu w oczy, odkryła, że za nieruchomym opanowaniem czaiło się to, co czyniło Przeklętych tak niebezpiecznymi. Pełne furii szaleństwo. Wstrzymała oddech, zastanawiając się, co mu takiego zrobiła, żeby był na nią zły – to ona miała prawo się wściekać.
Sama też warknęła i trzasnęła dłońmi w blat.
— Porządek?! Z moim życiem?! — krzyknęła. — Sheridan, co ty sobie wyobrażasz? Kto ci dał do tego prawo?!
— Ja sam.
Wściekłość, która raz jeszcze zmiażdżyła ciało, popchnęła jej ręce w przód. Na oślep chwyciła to, co stało na blacie – i cisnęła wazonikiem na kwiaty w Sheridana. Nie przejęła się, że mogłaby zrobić mu krzywdę. Marzyła, by go skrzywdzić. Żeby odczuł chociaż część bólu, z jakim musiała każdego dnia zmagać się z jego obecnością tuż obok.
Wazon roztrzaskał się w powietrzu, a skorupki posypały się na ziemię. Sheridan nawet nie drgnął. Anabde zazgrzytała zębami. Nie wiedziała, czy bardziej go nienawidziła, czy…
Od łóżka Leanelle rozległo się wściekłe syknięcie. Zerknęła tam szybko, dopiero teraz przypominając sobie o Hessanie, którego dziewczyna odniosła przed kolacją do pokoju. Jaszczur wygiął grzbiet w łuk niczym zdenerwowany kot, bojowo naprężając ogon. Łypał jednak na nią, nie na Sheridana, jakby bał się rzucać wyzwanie jemu.
Dlaczego, do jasnej cholery, wszyscy się bali tego skurwysyna?
— Co cię obchodzi, co ze sobą robię?! — Przeniosła spojrzenie z powrotem na Sheridana. — Jasno dałeś mi do zrozumienia, że nic cię nie obchodzę! I dobrze. Nie zamierzam się z tobą użerać. Odpieprz się ode mnie!
Tym razem z gardła Sheridana naprawdę wyrwało się warknięcie. Potrzebowała ogromnej siły woli, by nie cofnąć się, kiedy przeszedł kawałek w jej stronę. Dotąd czuła się pewnie – przecież nie podniósłby na nią ręki. Teraz zwątpiła. Furia, która odbiła się w jego oczach, zdradziła, jak bardzo przekroczyła granice.
Mimo to nie chciała ustąpić. Miała rację. Miała prawo na niego wrzeszczeć.
— Najwidoczniej obchodzi — skwitował.
Znowu uderzyła dłońmi w blat. Im mniej słów używał, tym bardziej ją wściekał. Jego bezczelność doprowadzała ją na skraj wytrzymałości – zupełnie jakby roztrzaskał wszystkie bariery chłodnego spokoju, którymi się otaczała w każdej sytuacji. W dodatku bez większego wysiłku. Wystarczyło, że oddychał.
Schwyciła kolejną rzecz w zasięgu ręki – książkę. Cisnęła nią w Sheridana, marząc, by trafiła go kantem prosto w błyszczące zielone oko. Nie wymierzyła jednak dobrze i wystarczyło, by łowca postąpił krok w bok, a pocisk spadł na podłogę. Anabde zacisnęła palce na oparciu pojedynczego krzesła, gotowa użyć także jego, jeśli zostanie zmuszona.
— Dlaczego nie dasz mi wreszcie normalnie żyć? — warknęła, starając się zapanować nad drżącym głosem. — Dlaczego musisz tu być? Dlaczego nie mogę się od ciebie uwolnić?
Czuła, jak jej pierś zalewała panika. Wcale nie chciała tego mówić, nie chciała przyznawać się do swoich emocji – mimo to słowa wylewały się z jej ust bez kontroli, bez udziału jej woli, nie mogła ich powstrzymać. Obnażała się przed nim w taki sposób, w jaki nigdy wcześniej tego nie zrobiła.
— Prześladujesz mnie jak jakiś koszmar. Odebrałeś mi wszystko — wypluwała z siebie, coraz mocniej wbijając paznokcie w drewno. — Gdziekolwiek nie pójdę, czekasz tam na mnie. Nawet w łóżku innego faceta krzyczę twoje imię!
Zapadła cisza. Dzwoniła Anabde w uszach, z każdą chwilą wyraziściej podkreślając, co zrobiła. Zapatrzyła się szeroko otwartymi oczami w stół, łapiąc głębsze oddechy dla uspokojenia – mimo to serce biło boleśnie szybko, jak przestraszony motyl trzepotał skrzydłami, rozpaczliwie próbując uciec.
Pozbawiła się ostatniej drogi ucieczki.
Usłyszała wolne kroki. Drgnęła, ale powstrzymała się od cofnięcia. Cierpliwie poczekała, aż Sheridan do niej podszedł – w jej polu widzenia pojawiły się jego długie nogi oraz wciśnięte do kieszeni ręce. Poczuła na plecach dreszcz, do którego nawet nie miała ochoty się przyznawać. Hessan jeszcze powarkiwał na łóżku Leanelle, jednak coraz ciszej, jakby przechodził mu bojowy nastrój.
Anabde wydawało się, że bicie jej serca było słyszalne w całym pokoju. Przełknęła ślinę, niepewna, co Sheridan zamierzał. Zresztą co mógł zrobić z takim wyznaniem? Najpewniej odwróci się i odejdzie, zostawiając ją, obnażoną oraz złamaną, zupełnie samą. Będzie musiała na nowo się poskładać i naprawić maskę, którą z taką brutalnością zdołał zniszczyć zaledwie w pół roku.
— Wiesz dlaczego?
Jego głos znów był spokojny. Nie wiedziała, co wypadało gorzej.
Pokręciła głową. Musiała zacisnąć drżące usta, by chociaż nie dało się zobaczyć tej słabości – bo to, że się nie odezwała, wyglądało jak przypieczętowanie przegranej. Jakim cudem cały czas triumfował, chociaż to ona się wściekała?
Poczuła jego dłoń na twarzy. Z wyczuciem uniósł jej głowę, zmuszając do spojrzenia na niego. Śmiało zajrzała mu prosto w oczy, mimo że niepewność prawie zmiażdżyła jej wnętrzności, odbierając na chwilę dech.
— Bo jesteś moja — stwierdził ciszej.
Zachłysnęła się powietrzem. Sheridan cofnął rękę, ale nie odsunął się bardziej, jakby czekał na jej reakcję. Anabde tym razem nie chciała reagować.
Ogarnęła ją potrzeba skulenia się i objęcia ramionami, schowania się przed całym światem, żeby nie widział jej porażki. Serce, nadal trzepoczące w piersi, tylko podkreślało upadek. Upadła na kolana przed czymś, przed czym uciekała przez całe życie. Tak po prostu.
To było zobowiązanie, którego nigdy nie chciała. To była chora, pokręcona deklaracja – a mimo to działała na nią lepiej niż wszystkie wyznania usłyszane od poprzednich kochanków. To nawet nie tak, że odbierała jej wolność. Ona tylko przypominała, że tej wolności już nie było. I Anabde doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Wciąż jednak próbowała się oswobodzić, wrócić do dawnego życia. Za każdym razem zataczała błędne koło, wracając w to samo miejsce – do niego.
Otworzyła usta, by odetchnąć, ale też żeby odpowiedzieć. Przestała widzieć sens w tej niekończącej się walce. Skoro i tak już zdawał sobie z tego sprawę, nie musiała robić z siebie większej kretynki niż dotychczas.
— Wiem — szepnęła.
— Anabde — mruknął.
Wbrew sobie znowu na niego spojrzała. Nie uciekła przed kontaktem wzrokowym, zaskoczona tym, co ujrzała w jego oczach. Nie umiała tego ani nazwać, ani wytłumaczyć, bo było zupełnie nowe, ale miało wiele wspólnego ze spokojem. Spokojem, który częściowo udzielił się też jej.
Może dzięki przyznaniu się do porażki zdoła ruszyć z miejsca, ucieknie przynajmniej z błędnego koła. Może pozbywając się tego problemu, zacznie rozwiązywać kolejne, piętrzące się przed nią niczym ponura sylwetka kata.
Westchnęła i wsparła głowę na jego klatce piersiowej. Nie miała już siły.
Drgnęła zaskoczona, gdy otoczył ją ramionami, wtulając twarz w jej włosy. Nie tego się spodziewała – prędzej bierności, a następnie wycofania się albo nawet porzucenia jej właśnie teraz, kiedy pozbyła się wszystkich barier. Nie umiała się do końca rozluźnić w jego objęciach, zdezorientowana tym, jak opiekuńcze się w tym momencie wydawały.
— Muszę pójść wysłuchać marudzenia Erriana — odezwał się zupełnie normalnym głosem, jakby nic się nie stało.
Odsunął się od niej, wypuszczając ją z ramion, i nagle nie do końca jej to pasowało. Spojrzała na niego nadal trochę niepewnie, bezwiednie skrzyżowawszy ręce na piersiach.
— Należy ci się — skwitowała sucho.
Sheridan uśmiechnął się kącikiem ust. Raz jeszcze po jej plecach przebiegł dreszcz.
— Gdyby nie ten dzieciak, twojego nekromantę zeskrobywaliby z podłogi. Zawsze wpycha nos nie tam, gdzie trzeba — skomentował, odwracając się do wyjścia. — Kazać Leanelle już wracać?
— Jeśli możesz — stwierdziła.
Nie oderwała spojrzenia od jego pleców, dopóki nie wyszedł. Dopiero wtedy osunęła się na stojące obok krzesło i wsparła czoło na dłoni. Usłyszała pełne dezaprobaty prychnięcie Hessana, więc zmiażdżyła stworzonko ostrym spojrzeniem.
W co ona się najlepszego wpakowała.

Ariene oparła się na parapecie, przenosząc ciężar ciała na ręce, by mocniej wychylić się przez otwarte okno. Twarz owiewał jej przyjemnie chłodny, nocny wiatr, rozganiając duszący smród miasta. Ciszę niekiedy przerywały pijackie okrzyki, niosąc się ponad dachami niczym karykaturalne ostrzeżenia. Ariene przesunęła spojrzeniem po widokach, ostatecznie zapatrując się w ciemne niebo. Rozgwieżdżone tak samo pięknie jak lata temu.
Kiedy była dzieckiem, uwielbiała nocami wymykać się z komnaty i wychodzić na najwyższy balkon rezydencji, by podziwiać roziskrzony firmament. Wyobrażała sobie wtedy przyszłość – przyszłego męża, nowy dom, kolejną rodzinę. Zastanawiała się, jak będzie traktowana, czy trafi lepiej, niż miała u rodziców, czy gorzej. Ta niewiadoma przerażała, ale jednocześnie ekscytowała. Potem wszystko legło w gruzach. Wystarczyło coś tak prozaicznego jak zwykła pułapka na trakcie.
Ariene wydęła usta i wygodniej ułożyła brodę na dłoni, od niechcenia spoglądając ku ulicom. Musiała przyznać, że nic nie zapowiadało aż tak burzliwego wieczoru – ucieszyła się, kiedy przyszedł Errian, by powiedzieć, że Sheridan i Anabde chyba się dogadali. Przez chwilę naprawdę się martwiła, że coś wymknie się spod kontroli. Jednak skoro sytuacja została rozwiązana – cudem bez rozlewu krwi – tym lepiej. Przynajmniej będzie co wspominać, gdy wszyscy już przejdą nad tym do porządku dziennego.
Wolną ręką przetarła oczy i ziewnęła szeroko, czując wkradające się pod powieki zmęczenie. Już myślała, że tej nocy nic jej nie zmorzy – leżała w łóżku dobry kwadrans, czekając na sen, który jak na złość nie przychodził. Przynajmniej spacer po cichszej, opustoszałej karczmie podziałał kojąco.
Wyprostowała się, zamierzając skierować się z powrotem do pokoju. Jeszcze jeden podmuch wiatru wdarł się przez okno, wpadając na korytarz z całym swoim – niezbyt dużym – impetem. Ariene chwyciła za framugę.
— Ariene?
Drgnęła i trochę za głośno trzasnęła okiennicami, bo aż zabrzęczało szkło. Zaklęła pod nosem, szybko się odwracając. Żeby wyglądać nieco bardziej niewinnie, splotła ręce za plecami – chociaż nie sądziła, by Cador się na to złapał.
Stał kawałek dalej, przyglądając się jej. Nie widziała go wyraźnie w półmroku, ale nie przeszkadzało jej to w wyobrażeniu sobie miny, jaką miał. Chyba był zaskoczony. Pewnie nie spodziewał się spotkać jej na korytarzu. Cóż, ona też się go tu nie spodziewała. Byli kwita.
— Co ty tu robisz w środku nocy? — zagadnął, teraz w jego głosie rozbrzmiało pełne ciepła rozbawienie.
Ruszył w jej stronę, a Ariene z irytacją zauważyła, że serce zabiło jej trochę szybciej. Odetchnęła głębiej i wzruszyła ramionami, pozwalając sobie na uśmiech.
— Ładnie wyglądam. — Niewinnie zatrzepotała rzęsami.
— To na pewno — odparł pogodnie. — Raczej chodziło mi o coś innego.
Odwróciła głowę, przytłoczona ciepłem, które wpełzło na jej policzki. Reagowała jak podlotek pierwszy raz w życiu słyszący niezręczny komplement od kolegi.
— Nie mogłam zasnąć, więc przyszłam sobie postać — skwitowała i wsparła się plecami na ścianie. — A ty?
— Suszyło mnie. — Wzruszył ramionami. — Poszedłem po coś do picia. Jak na złość skończyła mi się woda w manierce.
— Caleb na pewno nie omieszka o tym wspomnieć — zauważyła rozbawiona.
— Na pewno.
Spojrzała na niego. W mdłym świetle księżyca wyglądał o wiele bladziej niż na co dzień – a jego oczy znacznie ciemniej. Włosy miał mocniej rozczochrane, jakby rzeczywiście dopiero co wstał i nawet nie trudził się, żeby je ułożyć. Nabrała przemożnej ochoty, żeby zatopić w nich dłoń i lekko je potargać. Bezwiednie przygryzła wargę.
— Poduszka odbiła mi się na policzku? — spytał niespodziewanie i lekko odchylił głowę, by posłać jej rozbawione spojrzenie.
— Gorzej — odparła bez zająknięcia. — To twoja twarz.
Cador parsknął śmiechem. Ariene przestraszyła się, że jednak wziąłby to na poważnie – ale kiedy się zaśmiał, natychmiast się rozluźniła. Sama też się uśmiechnęła, wbiwszy spojrzenie w drewnianą podłogę.
— No wiesz? — mruknął. — Myślałem, że ci się podobam.
Zająknęła się. Takiego obrotu sytuacji zdecydowanie się nie spodziewała. Rozplotła ręce zza pleców, żeby wesprzeć się nimi na parapecie za sobą.
— Bo mi się podobasz — przyznała powoli.
Zauważyła, że Cador oderwał spojrzenie od widoków za oknem, gwałtownie się prostując. Był od niej wyższy, w tej pozycji nie widziała dobrze, jakie emocje pojawiły się na jego twarzy. Może to i lepiej.
— A skoro już sobie tak szczerze rozmawiamy — podjęła zaraz.
W korytarzu panowała ciemność, kontury wszystkiego wydawały się lekko niewyraźne, jakby nierealne, ją ogarniało przyjemne, ciążące na piersi znużenie, dodatkowo rozgrzane przez niespodziewane wyznanie. Wyglądało to jak sen – a jeśli to naprawdę sen, czy nie byłoby dobrze się przyznać? Chciała to powiedzieć. Chciała powiedzieć i zobaczyć, co Cador z tym zrobi.
— To, prawdę mówiąc, właściwie chyba się w tobie zakochałam — wyrzuciła na wydechu, trochę szybciej, niż zamierzała.
Zaraz za tymi słowami na myśl przyszły kolejne. Całe mnóstwo słów, które mogła z siebie wyrzucić – i nawet przy odrobinie szczęścia obróciłaby wszystko w żart. Ale nie zdążyła choćby nabrać powietrza.
Cador tak gwałtownie i niespodziewanie wpił się w jej usta, ująwszy jej twarz w dłonie, że pozbawił ją tchu. Z cichym, zduszonym jękiem obiła się plecami o parapet, zbyt zaskoczona w pierwszej chwili, by zareagować. Przecież zamierzała mówić. To było prawie niegrzeczne z jego strony.
Zacisnęła dłonie na jego niedbale zarzuconej na ramiona koszuli, dopiero teraz odkrywając, że zwisała rozpięta. Musnęła palcami rozgrzaną skórę, szukając krawędzi materiału, i uśmiechnęła się do siebie przy pocałunku. Jednak się nie wygłupiła. Dobrze było się raz w życiu nie wygłupić, wyznając komuś swoje uczucia. Rozchyliła usta i przyciągnęła Cadora bardziej stanowczo.
Kiedy się odsunął, jeszcze przez chwilę nie otwierała oczu. Przesunęła dłońmi wzdłuż zapięcia jego koszuli, bezmyślnie licząc guziki. Jednego brakowało. Ciekawe, jak się go pozbył. Pewnie przez nieuwagę o coś zahaczył.
— Pokochałem cię od momentu, w którym cię spotkałem — wyszeptał, jego ciepły, przyśpieszony oddech owiał jej usta.
Uniosła brwi. Tego na pewno się nie spodziewała.
— Ech, brzmiało to lepiej w mojej głowie — przyznał zrezygnowany.
— Cóż — przeciągnęła samogłoskę. — A chodzi ci o moment, w którym zrzuciłam cię z konia, czy w którym na tobie usiadłam? — Uniosła spojrzenie, by zajrzeć mu w oczy.
Zobaczyła w nich mnóstwo szczęścia oraz ciepła, tak dużo, że przez chwilę wydało jej się, że ją tym przytłaczał. Nie przywykła do wzbudzania takich uczuć. Coś dziwnego zacisnęło się na jej żołądku, sprawiając, że policzki zaróżowiły się od rumieńca.
— Ten drugi zdecydowanie bardziej mi się podobał — stwierdził, wsparłszy swoje czoło o jej. — Chociaż jesteś dość ciężka.
— Spadaj! — prychnęła i uderzyła go w ramię.
Znów ją pocałował. Tym razem mniej desperacko, jakby już się upewnił, że nie uciekała. Trochę niepewnie puściła jedną ręką jego koszulę, by zatopić dłoń w rozczochranych, jasnych włosach. Naprawdę były gęste.
— Jeśli to tylko sen, rano będę wściekły — wyszeptał, gdy raz jeszcze odchylił głowę.
— Sen czy nie sen, rano będę wściekła — mruknęła, ale nie powstrzymała cisnącego się na usta uśmiechu.
— O, ty na pewno. — Błysnął zębami w półmroku.
Cofnął się, oddając jej więcej przestrzeni, którą tak bezczelnie zagarnął. Nie wiedziała dlaczego, ale nagle zdjął ją niepokój – to było zupełnie obce uczucie. Ruszyła za nim bez zastanowienia, tylko po to, by wcisnąć twarz w jego ramię i mocno go objąć.
Na Silthe sprawiedliwego, nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, od jak dawna pragnęła to zrobić.
Poczuła, że otoczył ją ramionami i ucałował w czubek głowy. Było jej głupio, że zachowała się jak mała dziewczynka – ale jednocześnie cudownie ciepło, gdy tak stała. Ostatnim razem przytulała się tak jeszcze w dzieciństwie, póki miała rodziców.
— Myślisz, że jak szybko zaczną gadać? — mruknęła niewyraźnie.
Caleb nie da im żyć. Na pewno wiedział wcześniej od nich, że byli nieskończenie głupi i nieogarnięci. Zostanie zmuszona go zabić.
— Jak tylko wszystkim powiem, że jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie — stwierdził spokojnie.
— Nie zrobisz tego — żachnęła się.
— Nawet nie muszą chcieć słuchać. Po prostu ich poinformuję — ciągnął beztrosko.
— Świetnie. Brzmi jak plan — skwitowała mało entuzjastycznie, nie do końca zadowolona z tego, że w ogóle nie liczył się z jej zdaniem.
— Wiem — szepnął.
Mocniej ją objął, wtulając twarz w jej włosy. Wypuściła powietrze i wreszcie do końca się rozluźniła, zamknąwszy oczy.
Cóż, to chyba tyle w temacie zaśnięcia tej nocy. A tak dobrze jej szło przed chwilą.